Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Darmowe probki kosmetykow

» 2015 » Lipiec Polowanie na promocje Upoluj co tylko chcesz: konkursy, darmowe próbki, testowanie produktów Konkursy Promocje

Szukaj

Archive for Lipiec, 2015

Makijaż z Annabelle Minerals krok po kroku

piątek, Lipiec 31st, 2015

Po części teoretycznej (Jak dobrać podkład mineralny? Który odcień wybrać?) i prezentacji nowości (Pudry wykańczające: matujący i rozświetlający) przyszedł czas na pokazanie minerałów Annabelle Minerals w akcji.

Inaczej niż zazwyczaj użyłam w makijażu podkładu o wykończeniu rozświetlającym. Chciałam tym samym pokazać, że formuła ta kryje równie dobrze co matująca. Szkoda, że jest niedoceniana, bo poza ujednoliceniem kolorytu cery, dzięki odbijającej światło mice, pięknie wygładza drobne zmarszczki oraz zmiękcza rysy. Skóra ubrana w ten podkład wygląda niezwykle świeżo, promiennie i zdrowo. Mój odcień to Sunny Fair

Poza podkładem w makijażu pojawił się jeden z moich ulubionych róży, mianowicie Nude – zgaszony, lekko przybrudzony cielisty różowy, przypominający naturalny rumieniec. Jednym słowem – przepiękny! Wykończenie makijażu twarzy stanowią wspomniane nowości, puder matujący i rozświetlający. Pierwszego użyłam w strefie T, by nieco zwęzić pory i złagodzić niechciany błysk, drugiego głównie na policzkach oraz w okolicach oczu. Więcej o nich przeczytacie we wpisie: Nowość Annabelle Minerals: pudry wykańczające – matujący i rozświetlający). Na powiekach natomiast zagościły po raz pierwszy cienie Annabelle Minerals. Jestem mile zaskoczona ich jakością: są przyjemne w aplikacji i rozcieraniu, łatwo przyczepiają się do skóry (aczkolwiek w moim przypadku bez bazy ani rusz) i charakteryzują się bardzo dobrą trwałością. Do makijażu wybrałam Cappucino, Chocolate, Candy i Vanilla

Pierwszy etap to przygotowanie skóry. Na twarz nałożyłam odrobinę serum rozświetlającego Idealia Vichy. Następnie delikatnie przypudrowałam całą twarz pudrem matującym, a za pomocą drobnego pędzelka do korektora Zoeva. i niewielkiego pędzla Real Techniques przykryłam niedoskonałości: zaczerwienienia, przebarwienia, cienie i krostki korektorem Medium

Kolejny etap to aplikacja podkładu. Ponownie używam niewielkiego pędzelka RT, który pozwala dotrzeć do każdego zakamarka twarzy. Ruchem kolistym wcieram proszek tak, by na skórze powstała cieniutka warstewka. W razie potrzeby dokładam miejscami więcej kosmetyku. Następny krok to podkreślenie policzków. Tu wkracza piękny róż Nude, do którego używam puchatego pędzla Real Techniques. Całość wykańczam ponownie pudrem matującym (strefa T) oraz rozświetlającym (policzki i okolice oczu). 

Na koniec zostawiam sobie makijaż oczu. Na całą powiekę aplikuję kremową bazę Zoeva, następnie przechodzę po kolei do cieni: Candy (matowy, blady, cielisty róż) ląduje na środku powieki, Chocolate (satynowy brąz) akcentuję zewnętrzny kącik oraz załamanie, Cappucino (średni brąz z kroplą szarości i fioletu) podkreślam dolną część oka, Vanillą (matowy, cielisty, jasny beż) natomiast rozświetlam wewnętrzny kącik i łuk brwiowy. Ostatni etap to eyeliner, tusz do rzęs i cień do brwi (w tej roli Brow Pow the Balm) oraz pokolorowanie ust beżową pomadką.

Po ostatnich wpisach wiem, że wśród Was jest spora grupa osób zakochanych w podkładach (i wcale mnie to nie dziwi :) ). Jestem jednak ciekawa, co z resztą kosmetyków tej marki. Co sądzicie o różach, cieniach czy korektorze? Są, wg Was, również udane?

Letni serniczek jagodowy

piątek, Lipiec 31st, 2015

Co potrzeba:
1 duży kubek jagód
2 opakowania serków waniliowych homogenizowanych po 200g
2 łyżki cukru pudrem
1/4 szklanki mleka (lub mleka np. migdałowego)
3 łyżki żelatyny
150g pierniczków np. toruńskich (mogą być w czekoladzie lub bez czekolady)
50g masła
borówki, biała czekolada do dekoracji

Sernik jagodowyWykonanie:
Pierniki rozkruszamy w blenderze lub widelcem po prostu. Masło roztapiamy. Pokruszone pierniki łączymy z masłem i taką masą wykładamy spód małej tortownicy (16cm). Wkładamy do lodówki. W tym czasie blendujemy jagody z serkiem i cukrem. Żelatynę rozpuszczamy w ciepłym mleku i po wystygnięciu dodajemy do masy serowej. Wylewamy masę serową na piernikowy spód, posypujemy na wierzchu jagodami lub borówkami amerykańskimi (będą trwalsze) i wkładamy do lodówki (najlepiej na noc). Następnego dnia dekorujemy rozpuszczoną białą czekoladą i ponownie chłodzimy w lodówce pół godziny.

Jagodowe szaleństwo niech trwa!
Smacznego:-)

Agata Żyto

5 linków wartych uwagi: lipiec

piątek, Lipiec 31st, 2015

Chyba Wam nie mówiłam, ale jestem pizzomaniaczką. Serio. Raz w tygodniu muszę zjeść domową, pachnącą ziołami i serem pizzę na cieniutkim, chrupiącym spodzie. Wersja zrobiona własnoręcznie ze świeżych i starannie dobranych składników jest z pewnością mniej kaloryczna niż kupowana w pizzerii czy, co gorsza, w supermarkecie. Tak czy inaczej – to danie raczej do kalorycznych należy. Czy można ją czymś zastąpić? Można próbować. :) Zaraz po pizzy najbardziej kocham owoce, dlatego w weekend spróbuję wersji arbuzowej. Zobaczcie ten genialny pomysł!
A jeśli jestem już przy jedzeniu: zastanawiałyście się czy dobrze wymawiacie obcojęzyczne nazwy niektórych produktów spożywczych? Na przykład, jak wymawiacie nazwę kaszy quinoa? Ja muszę przyznać, że wymawiałam ją niepoprawnie (kinoa zamiast kinła). Inne przykłady pod tym linkiem.
Nawiązując jeszcze do diety, od niedawna postanowiłam wdrożyć takową nie tylko w aspekcie jedzeniowym, ale także i informacyjnym. Więcej o nowym podejściu do tego tematu pisała Kasia w tym poście. Muszę przyznać, że to działa. Czuję się wolna od problemów reszty świata, mam więcej czasu, mniej rzeczy mnie martwi. Można powiedzieć, że do całego szczęścia, które mam na co dzień, dołączyła jeszcze malutka porcyjka. :)
Muzyka towarzyszy mi przez większą część dnia. Lubię jej słuchać nie tylko podczas relaksu przy książce czy na spacerze, ale też w czasie pracy, gotowania czy sprzątania. Czasem włączam laptopa i przez dłuższą chwilę zastanawiam się, czego posłuchałabym w danym momencie najchętniej. Z pomocą przychodzi Spotify a także Moodstream – narzędzie, które po wskazaniu naszego nastroju wybiera odpowiednie utwory. Ciekawa rzecz, warta wypróbowania.
Są takie dni, że wszystko wokoło nas wydaje się nam okropne i my sami nie czujemy się ze sobą dobrze. Ten wpis może pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego tak się dzieje i co możemy zrobić, by poprawić swoje samopoczucie i nastawienie do świata.

Linki, które mogliście przegapić w lipcu:
Odkryliście w mijającym miesiącu ciekawe miejsca w sieci? Śmiało linkujcie, chętnie poznam Wasze typy.:)

A jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co się dzieje u mnie i na blogu, zapraszam do zajrzenia na Instagram, Facebook lub Snapchat: iidaliaa!

5 linków wartych uwagi: lipiec

czwartek, Lipiec 30th, 2015

Chyba Wam nie mówiłam, ale jestem pizzomaniaczką. Serio. Raz w tygodniu muszę zjeść domową, pachnącą ziołami i serem pizzę na cieniutkim, chrupiącym spodzie. Wersja zrobiona własnoręcznie ze świeżych i starannie dobranych składników jest z pewnością mniej kaloryczna niż kupowana w pizzerii czy, co gorsza, w supermarkecie. Tak czy inaczej – to danie raczej do kalorycznych należy. Czy można ją czymś zastąpić? Można próbować. :) Zaraz po pizzy najbardziej kocham owoce, dlatego w weekend spróbuję wersji arbuzowej. Zobaczcie ten genialny pomysł!
A jeśli jestem już przy jedzeniu: zastanawiałyście się czy dobrze wymawiacie obcojęzyczne nazwy niektórych produktów spożywczych? Na przykład, jak wymawiacie nazwę kaszy quinoa? Ja muszę przyznać, że wymawiałam ją niepoprawnie (kinoa zamiast kinła). Inne przykłady pod tym linkiem.
Nawiązując jeszcze do diety, od niedawna postanowiłam wdrożyć takową nie tylko w aspekcie jedzeniowym, ale także i informacyjnym. Więcej o nowym podejściu do tego tematu pisała Kasia w tym poście. Muszę przyznać, że to działa. Czuję się wolna od problemów reszty świata, mam więcej czasu, mniej rzeczy mnie martwi. Można powiedzieć, że do całego szczęścia, które mam na co dzień, dołączyła jeszcze malutka porcyjka. :)
Muzyka towarzyszy mi przez większą część dnia. Lubię jej słuchać nie tylko podczas relaksu przy książce czy na spacerze, ale też w czasie pracy, gotowania czy sprzątania. Czasem włączam laptopa i przez dłuższą chwilę zastanawiam się, czego posłuchałabym w danym momencie najchętniej. Z pomocą przychodzi Spotify a także Moodstream – narzędzie, które po wskazaniu naszego nastroju wybiera odpowiednie utwory. Ciekawa rzecz, warta wypróbowania.
Są takie dni, że wszystko wokoło nas wydaje się nam okropne i my sami nie czujemy się ze sobą dobrze. Ten wpis może pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego tak się dzieje i co możemy zrobić, by poprawić swoje samopoczucie i nastawienie do świata.

Linki, które mogliście przegapić w lipcu:
Odkryliście w mijającym miesiącu ciekawe miejsca w sieci? Śmiało linkujcie, chętnie poznam Wasze typy.:)

A jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co się dzieje u mnie i na blogu, zapraszam do zajrzenia na Instagram, Facebook lub Snapchat: iidaliaa!

Najpierw sobie, potem dziecku

poniedziałek, Lipiec 27th, 2015

Na moją Tosię nie mogę narzekać. Nie płacze bez powodu, jest pogodnym i uśmiechniętym dzieckiem. Dni spędzamy razem. Noce też, choć nie śpimy razem w jednym łóżku. Potrafię wstać w środku nocy, bo usłyszałam, że wypadł jej smoczek i nerwowo się kręci (choć wszystko odbywa się w ciszy i Tosia wcale nie płacze).

Czasami siadałam na brzegu łóżka i patrzyłam, jak śpi. Przy okazji sprawdzałam, czy przypadkiem nie nakryje się kołderką, czy prawidłowo oddycha, czy nie ma smoczka odwrotnie, czy nie przekręciła się do góry nogami (co też potrafi), czy nie jest jej za zimno albo za gorąco, czy nie jest za bardzo przykryta albo zbyt odkryta. Jednym słowem marnowałam cenny czas na sen, żeby uspokoić moje lęki i paranoje.

Troskliwa mamaW dzień nie było lepiej. Ładna pogoda – idziemy na spacer. Jak zdążyłam wziąć ze sobą butelkę wody, to miałam co pić. Jak nie, to czekałam na powrót do domu. Jestem głodna? Trudno. Słońce świeci, dziecko musi przebywać na świeżym powietrzu, a dziecko przecież jest najważniejsze. W efekcie obiad jadłam na kolację. Brzuszek pociążowy szybko zaczął znikać, więc byłam z tego powodu zadowolona. Przecież wszystkie kobiety zmagają się z tym po porodzie, a mnie się udało szybko go zgubić. Wkrótce zaczęłam się mieścić w swoje ubrania sprzed ciąży. Super. Nie muszę niczego kupować, mam w czym chodzić i odzyskałam dawną figurę.

 

W domu jestem na każde zawołanie. Znudziło się leżenie w łóżeczku? Idziemy na rączki. Mata edukacyjna już nie jest atrakcyjna? Idziemy na rączki. Po jedzeniu też na rączki, po kąpieli również. A najlepszy zabawa to taniec przed lustrem z mamą na rączkach. Dobrze, jak mama przy tym jeszcze śpiewa. Uff…. Mój skrzywiony w okolicy lędźwiowej kręgosłup zaczął protestować pod naporem 7-kilogramowej „kruszynki” (a przecież niedawno była taka lekka!). Bóle pleców dały się we znaki. Nawet samo nachylanie się nad łóżeczkiem powodowało, że nie mogłam szybko i bezboleśnie wrócić do pionu. Tłumaczyłam sobie, że tak przecież musi być, że to tylko dziecko. Inne matki mają kilkoro i jakoś sobie radzą, więc ja z jednym tym bardziej powinnam. A wieczorem, gdy dziecko zaśnie, zabierałam się do pracy. Pranie, prasowanie, zmywarka albo obiad na jutro. W efekcie chodziłam spać po północy i padałam nieprzytomna przykładając głowę do poduszki.

W krótkim czasie, kontynuując tryb życia pod hasłem: dziecko jest najważniejsze, zaczęłam czuć się przemęczona, obolała, bez energii, moja cera stała się ziemista. Schudłam, nie tylko na buzi, źle spałam. Mój ukochany postanowił działać za mnie. Umówił mnie do zaprzyjaźnionego speca od akupunktury, żeby mnie po nakłuwał i uśmierzył ból pleców. Po kilkudniowym oporze (przecież nic mi nie jest, muszę się tylko trochę wyspać!) ustąpiłam i umówiliśmy wizytę. Nastawiłam się, że akupunkturzysta wbije bezboleśnie kilka igieł w strategiczne miejsca i po 10 minutach poczuję się świetnie. Tymczasem zaczął od zadawania niewygodnych pytań.

 

Czy ból pleców spowodowany jest noszeniem dziecka na rękach? Czy przed ciążą też miałam takie bóle? Czy jadam regularnie? Ile posiłków dziennie zjadam? Czy dziecko mnie budzi w nocy? Cóż…. Tosia je pięć posiłków dziennie, a ja trzy, a czasami tylko dwa. W nocy zwykle śpi, ale ja się budzę i sprawdzam, czy wszystko z nią w porządku. Tak, noszę ją cały czas na rękach, bo budujemy bliskość. Tak, biegnę na każde jej kwęknięcie, choć wcale nie płacze, tylko denerwuje się, że zabawka leży za daleko i trzeba po nią sięgnąć (co jej się doskonale udaje).

Akupunkturzysta zmarszczył brwi i zadał mi pytanie, które kompletnie zbiło nie z tropu: – czy leciała Pani kiedyś samolotem? Odpowiedziałam idiotycznie: – z dzieckiem jeszcze nie. – Ale ja pytam, czy Pani leciała, a nie dziecko. – Oczywiście, wiele razy. – To pewnie pamięta Pani jak przed samym odlotem stewardesa przekazuje instrukcję bezpieczeństwa i jest taki fragment o maskach tlenowych. I jak się zakłada te maski? Spojrzał mi głęboko w oczy. – Najpierw sobie, potem dziecku… – wydukałam. – No właśnie! – rzucił, patrząc mi głęboko w oczy.

 

To zdanie utkwiło mi w głowie niczym mantra, którą trzeba sobie powtarzać. Spec od akupunktury tym jednym banalnym stwierdzeniem z lotniczej instrukcji otworzył mi oczy. Przecież dziecko potrzebuje matki zdrowej i z energią, a nie zmęczonej, wykończonej i głodnej. Noszenie na rękach to nie ma być konieczność, ale przyjemność.

Wyspana MamaLepiej robić to rzadziej, ale bez uszczerbku na własnym zdrowiu. Wyposażona w listę zaleceń do stosowania w domu, przystąpiłam do działania, choć łatwo nie było. Najpierw postanowiłam nie wstawać w nocy. Obudziłam się następnego ranka o 7.00 i zerwałam się z łóżka, żeby zobaczyć, czy Tosia przypadkiem nie poszła sobie gdzieś w środku nocy. Spała spokojnie. Obudziła się 10 minut później i z uśmiechem zaczęła gaworzyć. Mimo słonecznego dnia wróciłyśmy szybciej ze spaceru, żebym mogła zjeść obiad.

Rozłożyłam jej matę, żeby mnie widziała, jak krzątam się w kuchni. Zadziałało. Zaczęłam słuchać, które kwęknięcie jest tylko zniecierpliwieniem, a które to wołanie o pomoc. Na pierwsze specjalnie nie reaguję. Chodzę wcześniej spać. Nie wyciągam naczyń ze zmywarki. Mogą poczekać do rana. Jem porządne posiłki, bo chcę przytyć. Nie zapominam o pielęgnacji skóry. Kremy, balsamy, a nawet maseczki. Gdy Tosia się niecierpliwi, że mnie nie ma w pobliżu, biorę z łazienki kosmetyki i pokazuję jej, jak nakładam balsam do ciała. Mówię, że idę teraz do łazienki zmyć maseczkę, ale potem wrócę i pokażę jej, po co jest tonik i krem do twarzy. Zrozumiała i w milczeniu wróciła na zabawy z żabką. W końcu za kilkanaście lat sama będzie używać kosmetyków.

Dominika Chirek

Najpierw sobie, potem dziecku

poniedziałek, Lipiec 27th, 2015

Na moją Tosię nie mogę narzekać. Nie płacze bez powodu, jest pogodnym i uśmiechniętym dzieckiem. Dni spędzamy razem. Noce też, choć nie śpimy razem w jednym łóżku. Potrafię wstać w środku nocy, bo usłyszałam, że wypadł jej smoczek i nerwowo się kręci (choć wszystko odbywa się w ciszy i Tosia wcale nie płacze).

Czasami siadałam na brzegu łóżka i patrzyłam, jak śpi. Przy okazji sprawdzałam, czy przypadkiem nie nakryje się kołderką, czy prawidłowo oddycha, czy nie ma smoczka odwrotnie, czy nie przekręciła się do góry nogami (co też potrafi), czy nie jest jej za zimno albo za gorąco, czy nie jest za bardzo przykryta albo zbyt odkryta. Jednym słowem marnowałam cenny czas na sen, żeby uspokoić moje lęki i paranoje.

Troskliwa mamaW dzień nie było lepiej. Ładna pogoda – idziemy na spacer. Jak zdążyłam wziąć ze sobą butelkę wody, to miałam co pić. Jak nie, to czekałam na powrót do domu. Jestem głodna? Trudno. Słońce świeci, dziecko musi przebywać na świeżym powietrzu, a dziecko przecież jest najważniejsze. W efekcie obiad jadłam na kolację. Brzuszek pociążowy szybko zaczął znikać, więc byłam z tego powodu zadowolona. Przecież wszystkie kobiety zmagają się z tym po porodzie, a mnie się udało szybko go zgubić. Wkrótce zaczęłam się mieścić w swoje ubrania sprzed ciąży. Super. Nie muszę niczego kupować, mam w czym chodzić i odzyskałam dawną figurę.

 

W domu jestem na każde zawołanie. Znudziło się leżenie w łóżeczku? Idziemy na rączki. Mata edukacyjna już nie jest atrakcyjna? Idziemy na rączki. Po jedzeniu też na rączki, po kąpieli również. A najlepszy zabawa to taniec przed lustrem z mamą na rączkach. Dobrze, jak mama przy tym jeszcze śpiewa. Uff…. Mój skrzywiony w okolicy lędźwiowej kręgosłup zaczął protestować pod naporem 7-kilogramowej „kruszynki” (a przecież niedawno była taka lekka!). Bóle pleców dały się we znaki. Nawet samo nachylanie się nad łóżeczkiem powodowało, że nie mogłam szybko i bezboleśnie wrócić do pionu. Tłumaczyłam sobie, że tak przecież musi być, że to tylko dziecko. Inne matki mają kilkoro i jakoś sobie radzą, więc ja z jednym tym bardziej powinnam. A wieczorem, gdy dziecko zaśnie, zabierałam się do pracy. Pranie, prasowanie, zmywarka albo obiad na jutro. W efekcie chodziłam spać po północy i padałam nieprzytomna przykładając głowę do poduszki.

W krótkim czasie, kontynuując tryb życia pod hasłem: dziecko jest najważniejsze, zaczęłam czuć się przemęczona, obolała, bez energii, moja cera stała się ziemista. Schudłam, nie tylko na buzi, źle spałam. Mój ukochany postanowił działać za mnie. Umówił mnie do zaprzyjaźnionego speca od akupunktury, żeby mnie po nakłuwał i uśmierzył ból pleców. Po kilkudniowym oporze (przecież nic mi nie jest, muszę się tylko trochę wyspać!) ustąpiłam i umówiliśmy wizytę. Nastawiłam się, że akupunkturzysta wbije bezboleśnie kilka igieł w strategiczne miejsca i po 10 minutach poczuję się świetnie. Tymczasem zaczął od zadawania niewygodnych pytań.

 

Czy ból pleców spowodowany jest noszeniem dziecka na rękach? Czy przed ciążą też miałam takie bóle? Czy jadam regularnie? Ile posiłków dziennie zjadam? Czy dziecko mnie budzi w nocy? Cóż…. Tosia je pięć posiłków dziennie, a ja trzy, a czasami tylko dwa. W nocy zwykle śpi, ale ja się budzę i sprawdzam, czy wszystko z nią w porządku. Tak, noszę ją cały czas na rękach, bo budujemy bliskość. Tak, biegnę na każde jej kwęknięcie, choć wcale nie płacze, tylko denerwuje się, że zabawka leży za daleko i trzeba po nią sięgnąć (co jej się doskonale udaje).

Akupunkturzysta zmarszczył brwi i zadał mi pytanie, które kompletnie zbiło nie z tropu: – czy leciała Pani kiedyś samolotem? Odpowiedziałam idiotycznie: – z dzieckiem jeszcze nie. – Ale ja pytam, czy Pani leciała, a nie dziecko. – Oczywiście, wiele razy. – To pewnie pamięta Pani jak przed samym odlotem stewardesa przekazuje instrukcję bezpieczeństwa i jest taki fragment o maskach tlenowych. I jak się zakłada te maski? Spojrzał mi głęboko w oczy. – Najpierw sobie, potem dziecku… – wydukałam. – No właśnie! – rzucił, patrząc mi głęboko w oczy.

 

To zdanie utkwiło mi w głowie niczym mantra, którą trzeba sobie powtarzać. Spec od akupunktury tym jednym banalnym stwierdzeniem z lotniczej instrukcji otworzył mi oczy. Przecież dziecko potrzebuje matki zdrowej i z energią, a nie zmęczonej, wykończonej i głodnej. Noszenie na rękach to nie ma być konieczność, ale przyjemność.

Wyspana MamaLepiej robić to rzadziej, ale bez uszczerbku na własnym zdrowiu. Wyposażona w listę zaleceń do stosowania w domu, przystąpiłam do działania, choć łatwo nie było. Najpierw postanowiłam nie wstawać w nocy. Obudziłam się następnego ranka o 7.00 i zerwałam się z łóżka, żeby zobaczyć, czy Tosia przypadkiem nie poszła sobie gdzieś w środku nocy. Spała spokojnie. Obudziła się 10 minut później i z uśmiechem zaczęła gaworzyć. Mimo słonecznego dnia wróciłyśmy szybciej ze spaceru, żebym mogła zjeść obiad.

Rozłożyłam jej matę, żeby mnie widziała, jak krzątam się w kuchni. Zadziałało. Zaczęłam słuchać, które kwęknięcie jest tylko zniecierpliwieniem, a które to wołanie o pomoc. Na pierwsze specjalnie nie reaguję. Chodzę wcześniej spać. Nie wyciągam naczyń ze zmywarki. Mogą poczekać do rana. Jem porządne posiłki, bo chcę przytyć. Nie zapominam o pielęgnacji skóry. Kremy, balsamy, a nawet maseczki. Gdy Tosia się niecierpliwi, że mnie nie ma w pobliżu, biorę z łazienki kosmetyki i pokazuję jej, jak nakładam balsam do ciała. Mówię, że idę teraz do łazienki zmyć maseczkę, ale potem wrócę i pokażę jej, po co jest tonik i krem do twarzy. Zrozumiała i w milczeniu wróciła na zabawy z żabką. W końcu za kilkanaście lat sama będzie używać kosmetyków.

Dominika Chirek

Ładniejsza połowa? Vintage LA Orly Color Blast

sobota, Lipiec 25th, 2015

Czerwone paznokcie to klasyka, a mnie klasyka kojarzy się ze słowami vintage i retro. W takim też klimacie utrzymany jest duet lakierów do paznokci Color Blast Orly. Błękit mogłyście podziwiać w TYM wpisie, czerwień natomiast będzie bohaterem dzisiejszego posta.

Vintage LA to czerwony, lecz nie do końca w klasycznym rozumieniu. Nie jest to odcień kojarzący się z elegancją, a raczej z beztroskim czasem wakacji. Jest soczysty, wibrujący, a momentami neonowy wręcz. To wydanie typowo letnie, najbardziej pasujące do opalonej skóry. Jego wykończenie również klasyczne, czyli kremowe, nie jest. Vintage LA to żelek w czystej postaci, który wymaga trzech cienkich warstw żeby w minimalny sposób pokryć biały wolny brzeg paznokcia. Ja te trzy warstwy na zdjęciach noszę, a mimo to i tak widać, że lakier prześwituje. Wyjściem byłoby położenie pod spód beżowej lub białej bazy, tak jak robi się to w przypadku neonów.

Wszystkie lakiery z serii Color Blast obejrzycie na colorblast.pl.

Konsystencja jest charakterystyczna lakierów o żelowym wykończeniu – rzadka, lejąca się, całkiem jak rozwodniona galaretka, dlatego należy uważać na skórki.
Na moich paznokciach trzyma się w dobrym stanie do 3 dni, później widoczne stają się starte końcówki.
Co sądzicie o Vintage LA? Ładniejsza połówka? :)

Ładniejsza połowa? Vintage LA Orly Color Blast

piątek, Lipiec 24th, 2015

Czerwone paznokcie to klasyka, a mnie klasyka kojarzy się ze słowami vintage i retro. W takim też klimacie utrzymany jest duet lakierów do paznokci Color Blast Orly. Błękit mogłyście podziwiać w TYM wpisie, czerwień natomiast będzie bohaterem dzisiejszego posta.

Vintage LA to czerwony, lecz nie do końca w klasycznym rozumieniu. Nie jest to odcień kojarzący się z elegancją, a raczej z beztroskim czasem wakacji. Jest soczysty, wibrujący, a momentami neonowy wręcz. To wydanie typowo letnie, najbardziej pasujące do opalonej skóry. Jego wykończenie również klasyczne, czyli kremowe, nie jest. Vintage LA to żelek w czystej postaci, który wymaga trzech cienkich warstw żeby w minimalny sposób pokryć biały wolny brzeg paznokcia. Ja te trzy warstwy na zdjęciach noszę, a mimo to i tak widać, że lakier prześwituje. Wyjściem byłoby położenie pod spód beżowej lub białej bazy, tak jak robi się to w przypadku neonów.

Wszystkie lakiery z serii Color Blast obejrzycie na colorblast.pl.

Konsystencja jest charakterystyczna lakierów o żelowym wykończeniu – rzadka, lejąca się, całkiem jak rozwodniona galaretka, dlatego należy uważać na skórki.
Na moich paznokciach trzyma się w dobrym stanie do 3 dni, później widoczne stają się starte końcówki.
Co sądzicie o Vintage LA? Ładniejsza połówka? :)

Peelingi Sylveco: wygładzający i oczyszczający – który wybrać?

czwartek, Lipiec 23rd, 2015

Niektóre marki kosmetyczne, gdy wypuszczają na rynek nowy produkt, oferują go od razu w kilku wersjach. Tak było z Sylveco, która zaproponowała swoim klientkom dwa rodzaje peelingu: wygładzający i oczyszczający. Gdy postanowiłam wypróbować tę nowość, znikoma ilość recenzji w internecie nie ułatwiła mi wyboru, w wyniku czego kliknęłam oba. Ponieważ stosuję je od dłuższego czasu, pomyślałam, że podzielę się z Wami moimi odczuciami odnośnie ich działania i być może pomogę jeszcze niezdecydowanym w wyborze odpowiedniego.

W rankingu kosmetyków Sylveco do twarzy peelingi znalazły się bardzo wysoko, bo na pierwszym miejscu, wraz z kremami z serii lekkiej i płynem micelarnym. Nie bez przyczyny. Mimo, że różnią się od siebie kilkoma aspektami, ich główną zaletą jest to, że po prostu świetnie działają – skutecznie ścierają martwy naskórek (korund gra tu pierwsze skrzypce), pozostawiając skórę wygładzoną, miękką i wyraźnie wypielęgnowaną. To, co je różni, może być wskazówką pomocną, gdy zdecydujemy się na jeden z nich.

Jakie więc są peelingi Sylveco? Wyróżniłam kilka aspektów:

Peeling wygładzający wybierz w szczególności, gdy:
- oczekujesz konsystencji przypominającej masło,
- lubisz świeży, cytrusowy zapach,
- posiadasz cerę suchą lub odwodnioną,
- do zmywania peelingu jesteś gotowa sięgnąć, na przykład, po szmatkę, która pomoże w szybszym usunięciu go ze skóry,
- po zmyciu peelingu oczekujesz skóry miękkiej i delikatnie natłuszczonej.

Peeling oczyszczający wybierz w szczególności, gdy:
- oczekujesz konsystencji przypominającej krem,
- lubisz zapachy ziołowe (tu w duecie z zapachem czystej glinki),
- posiadasz cerę mieszaną lub tłustą,
- oczekujesz, że kosmetyk zmyjesz przy pomocy wody i dłoni, bez dodatkowych akcesoriów,
- po zmyciu peelingu oczekujesz skóry miękkiej i zmatowionej.

Peelingi łączy skuteczność działania, dlatego w mojej pielęgnacji miejsce znalazły oba. Oczyszczający zazwyczaj gości w strefie T, która jest porowata i przetłuszczająca się, wygładzający natomiast na dekolcie, szyi i policzkach – miejscach bardziej podatnych na wysuszenie. Gdyby miała jednak wybrać tylko jeden to zdecydowałabym się na wygładzający, który równie dobrze ściera martwy naskórek co oczyszczający, lecz posiada przyjemniejszy dla mnie zapach oraz dodatkową funkcję pielęgnującą.

Jestem ciekawa, czy miałyście okazję już używać tych peelingów? A może dopiero macie w planach ich zakup? Który jest dla Was odpowiedniejszy?

Dzień Wirtualnej Miłości!

czwartek, Lipiec 23rd, 2015

Jeszcze kilka lat temu – pary, które poznały się przez internet – zawstydzone, wymyślały dla rodziny i znajomych stosowne historie początku swojej znajomości. A to, że on czytał książkę w parku, a ona akurat zbierała jesienne liście nieopodal. A to, że przy półce z jogurtami w markecie. A to, że w autokarze do Skarżyska-Kamiennej.

Dziś – nikogo już nie zawstydza fakt zapoznania kogoś w sieci. Czy chcemy tego, czy nie, ze wszelkimi plusami i minusami tej sytuacji – coraz większa część naszego życia zaczyna dziać się w rzeczywistości wirtualnej. Kupujemy w sieci, załatwiamy sprawy bankowe, urzędowe, czytamy, szukamy rozrywki, kontaktu ze znajomymi w kanałach social media i – w końcu – również miłości.

Miłość

Jakie są plusy?

Nic dziwnego, że na najpopularniejszym w Polsce serwisie randkowym – sympatia.pl, jest już blisko 1,5 mln profili. A za nim stoi kilka kolejnych – z dalszymi setkami tysięcy użytkowników. Ponieważ internet jest coraz bardziej „mobile”, powstały już też randkowe aplikacje mobilne, takie jak: Tinder, Badoo, czy przymilnie brzmiąca: ZaadoptujFaceta.

Single mają wiele dróg wirtualnych poszukiwań partnera, z uwzględnieniem preferencji co do wieku, zainteresowań, a nawet przekonań.

Jeśli jednak nie jesteś singlem – PAT&RUB i tak stwarza Ci możliwość poszukania wirtualnego ulubieńca, który – do tego – bardzo szybko przybędzie do Ciebie w rzeczywistości – przyjemny w dotyku, cudownie pachnący i tylko Twój! :-) Ale, jak to z płochliwą miłością – trzeba się spieszyć – specjalna promocja trwa tylko do 24.07 do 24:00 – zobacz>>>

Najlepszych wyborów i wiele miłości! :-)

Marta Ziubińska

  • Najnowsze wpisy

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Meta