Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Darmowe probki kosmetykow

» 2015 » Kwiecień Polowanie na promocje Upoluj co tylko chcesz: konkursy, darmowe próbki, testowanie produktów Konkursy Promocje

Szukaj

Archive for Kwiecień, 2015

Wybierasz się do Rossmanna? Sprawdź moje typy do makijażu oczu, które warto kupić na promocji -49%

czwartek, Kwiecień 30th, 2015

Ponieważ generalnie nie używam na co dzień drogeryjnych kosmetyków do twarzy – podkładów, pudrów, róży, bronzerów (wyjątek stanowią korektory), z racji czego jestem tą tematyką słabo zainteresowana, ominęłam pierwszą falę promocji w Rossmannie i skupiłam się wyłącznie na drugiej i trzeciej jej fazie, czyli obniżkach na produkty do oczu, ust i paznokci. Za czym warto rozejrzeć się, będąc w drogerii? Obiecuję same konkrety. :) Dziś kosmetyki do makijażu oczu: sprawdzone tusze do rzęs, eyelinery i cienie do powiek.

Na mojej liście top znalazły cztery ulubione drogeryjne marki. Wśród nich wybrałam najlepsze produkty w danej kategorii – maksymalnie po dwa od konkretnego producenta:
TUSZE DO RZĘS

Bourjois
L’Oreal
Maybelline
Max Factor:

EYELINERY

Bourjois
L’Oreal:
Maybelline
Max Factor

CIENIE

  • Maybelline, Color Tattoo 24 H – jedyne cienie w dzisiejszym zestawieniu, a to już wiele mówi. Nie byłam w stanie wskazać równie dobrej pozycji, co tatuaże od Maybelline. Ba, jestem skłonna wyróżnić szczególnie jeden odcień, mianowicie 35-On and on Bronze – świetlisty, chłodny brąz z dodatkiem szarości i złota. Absolutny hit i mój ulubiony cień wszechczasów (nie przesadzam!). Jest niesamowicie trwały, świetnie napigmentowany a dzięki kremowo – żelowej konsystencji wygodny w aplikacji (zarówno palcem jak i syntetycznym płaskim pędzelkiem). Mogłabym chwalić w nieskończoność i kupować w nieskończoność (na promocji planuję złapać… czwarty od momentu poznania tych cieni słoiczek). Co natomiast z pozostałymi kolorami? Poza nr 35 posiadam jedynie nr 40-Permanent Taupe – matową, chłodną szarość z kroplą brązu. Szczerze mówiąc, wciąż się z nim nie dogadałam. Do zarzucenia mam mu gorszą pigmentację i toporną konsystencję oraz to, że szybko wysycha. Na powiece potrafi się zrolować, a do brwi wydaje mi się zbyt szary. W każdym razie, jeśli Color Tattoo to na pewno w odcieniu 35-On and on Bronze.:)

Promocja na kosmetyki do oczu trwa od 30 kwietnia do 5 maja.

To jak, wybieracie się do Rossmanna w najbliższych dniach? Co macie na swoich listach?
Ja na pewno uzupełnię zapas ulubionego cienia i pomyślę o nowym eyelinerze w pisaku.

Sprawdź, jakim typem kąpielowym jesteś?

środa, Kwiecień 29th, 2015

 Nie marnująca ani minuty

Kąpiel to czynność obowiązkowa, techniczna. Ciało musi być oczyszczone, odświeżone, zadbane. Rano szybki prysznic przed rzuceniem się w wir miliona sytuacji. Drugi wieczorem, oczywiście po siłowni, albo bieganiu w pobliskim parku. Twoje minuty są cenne. A Twoje rachunki za wodę – niskie. Nie masz zwyczaju toczyć rozprawki nad sensem egzystencji pod gorącym strumieniem z prysznicowej słuchawki.

Wieczorne bieganieWybierasz naturalny żel do kąpieli. Jego zalety? Przyjemny w użyciu, miękko się rozprowadza i pieni miło. Cudownie pachnie naturalnymi olejkami i ekstraktami roślinnymi. Czujesz natychmiastowe odświeżenie. Zawiera tylko łagodne substancje myjące, które łagodnie obejdą się z barierą lipidową skóry. Nawet gdy moczysz ją więcej niż raz dziennie.

A co po prysznicu? Nawet najbardziej zajęta kobieta, nigdy, ale nigdy nie odmówi sobie chwilki na dopieszczenie swojego ciała. Sięgasz więc po naturalny balsam do ciała. Ma bardzo lekką konsystencję, dzięki czemu Twoje dłonie szybko i sprawnie mkną po całym ciele i wcierają dobrocie, takie jak masło shea, kakaowe, olej babassu, cenne ekstrakty, kwas hialuronowy, naturalną witaminę E i inne roślinne substancje natłuszczające i nawilżające.

Balsam wchłonie się, zanim zdecydujesz, które kolczyki założysz do wyprasowanej wczoraj bluzki. A gdy w ciągu dnia będziesz muskać przypadkiem swoją gładka i miękką skórę, uśmiechniesz się z wdzięcznością na wspomnienie tych kilku aromatycznych minut poranka.

Hedonistka okazjonalna

Twoja codzienność jest raczej uporządkowana. Wiesz kim jesteś i dokąd zmierzasz. Wiesz też, że czasem po prostu warto zatrzymać się dla chwili rozkoszy. Planujesz ambitnie. Wieczorne ablucje nie mogą zająć Ci zbyt wiele czasu, bo przecież musisz dziś jeszcze dokończyć tą fantastyczną książkę, zaplanować urlop, wysłuchać z czułym zainteresowaniem o wszystkich zwycięstwach dnia twego mężczyzny. 

1-Relaksujacy-Olejek-do-KapieliAle ta wanna tak kusi… A dziś jesteś akurat tak dziwnie zmarznięta, albo spięta, albo jedno i drugie. Zanurzyć się tylko na chwilę, chwileczkę… Przecież i tak nie lubisz widoku pomarszczonych palców. Ale czy potem starczy jeszcze czasu na wtarcie balsamu czy masła?

A gdyby tak połączyć wszystko w jedno? Kąpiel, a do tego nawilżenie, natłuszczenie, odżywienie skóry? Jest na to sposób! To naturalny olejek do kąpieli. Napełniasz wannę. Już szum wody i płynące od niej ciepło miło cię rozleniwia. Czas na olejek. wlewasz i natychmiast czujesz eksplodujące aromatami olejki eteryczne. Ciepło kąpieli podkręca ich moc. Na powierzchni wody już pływa pachnący, odżywczy „rosołek”, a w nim, między innymi, wygładzająca i kojąca oliwa z oliwek i uelastyczniający oraz nawilżający olej słonecznikowy. 

Gdy będziesz podnosić się z wanny, siateczka olejkowych oczek uniesie się z powierzchni wody na Twoim ciele. Wystarczy lekko wklepać ją dłońmi i osuszyć delikatnie ciało ręcznikiem. I już. Jesteś pachnąca, kusząca i gotowa na resztę wieczoru!

Królowa łazienki

Po przekroczeniu progu łazienki, czujesz się niczym Kleopatra, królowa Nilu. Nie spieszysz się. Co to, to nie. Powłóczystym ruchem odpalasz swoje świece celebracyjne i odkręcasz kurki w wannie. Tak. W królewskiej łazience nie ma mowy o jakimś oszczędnym, minimalistycznym brodziku z prysznicem. 

Jeszcze przed przystąpieniem do obrzędu – w braku niewolnika z wachlarzem – twój mężczyzna z równie uległą miną, przez szparę w drzwiach, podaje ci kieliszek schłodzonego wina. Czas na wybór odpowiedniego kosmetyku. Kleopatra zachowała młodą, miękką, aksamitną skórę na lata, dzięki codziennym kąpielom w mleku oślic. Nie masz jednak zamiaru wykorzystywać teraz stada oślic, by napełnić wannę. Masz inne rozwiązanie…

Kleopatra

Monica Bellucci jako Kleopatra w filmie „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”

Mleko ma udowodnione właściwości anti aging. Kazeina, kwas mlekowy i proteiny nawilżają i ujędrniają skórę. A jeśli dołożyć do tego jeszcze masło shea, które wygładzi, wysubtelni, zmiękczający olej migdałowy, olejek cynamonowy, który rozgrzewa i działa antyseptycznie? A jeszcze aromatyczny olejek eteryczny z lawendy, który nie tylko jest wrogiem cellulitu, ale do tego uspokaja, rozluźnia i poprawia nastrój? Tak, tak, Królowa Nilu też nie kąpała się w samym mleku…

Wybór jest prosty. Porcja Musującego pudru do kąpieli z kozim mlekiem z przyjemnym szumem rozpuszcza się w wodzie. Na jej powierzchni unoszą się aromatyczne drobinki lawendy. Zanurzasz się w mlecznej toni na chwilę, dwie, trzy…

A gdy potem siedzisz już, otulona miękkim ręcznikiem na brzegu wanny, decydujesz się jeszcze na peeling dłoni. A, co tam! Niech świat poczeka. Drobinki z bambusa i pestek moreli, zanurzone w kremowej emulsji, delikatnie złuszczają naskórek. Masło mango nawilża, chroni i odbudowuje naskórek, sok z aloe vera łagodzi, a ekstrakt z goji zwalcza wolne rodniki. Dokładnie i z namaszczeniem aplikujesz Kremowy peeling Home SPA.

Słyszysz pukanie do drzwi. Wyczuwasz zniecierpliwienie. No dobrze, już dobrze. Dłonie, już za malutką chwilkę, będą gotowe do całowania! A jakże? ;-)

No to którym jesteś typem kąpielowym? ;-)

Marta Ziubińska

 

Owocowe racuszki

środa, Kwiecień 29th, 2015

Moje dzisiejsze smażenie placków zbiegło się z pierwszymi w tym roku oględzinami w ogródku warzywnym. Znalazłam tam już trochę ziół z ubiegłego roku! A na powietrzu było tak przyjemnie, że kolację dokończyliśmy na zielonej trawce i leżaku. Róbcie placki!!

Co potrzeba (proporcje na 4 osoby)
30 dkg świeżych drożdży
350 g mąki
4 łyżki cukru
250 ml mleka
1 jajko
1/3 paczki masła
szczypta soli
1 banan, 1 jabłko, 1 gruszka
olej do smażenia
cukier puder do posypania

Wykonanie:
Mleko podgrzewamy tak, aby było letnie. Do miski wkładamy drożdże, wsypujemy 1 łyżkę cukru, 3 łyżki mąki, wlewamy ciepłe (nie gorące mleko). 

Wszystkie składniki bardzo dokładnie mieszamy. Tak powstaje zaczyn, który odstawiamy w ciepłe miejsce, przykrywając ściereczką na około 15-20 minut aby urosło. W międzyczasie obieramy owoce i kroimy je na cząstki (nieregularne kształty 1-2cm), a masło roztapiamy w garnuszku.

Kiedy już mamy ładnie wyrośnięty zaczyn, dodajemy do niego pozostałe składniki (resztę mąki, sól, resztę cukru, jajko, wlewamy masło). Wszystko razem mieszamy łyżką, a na końcu dodajemy owoce. Odstawiamy ciasto w misce pod ściereczką na 30 minut (to jest konieczne!!). Kiedy wytrzymamy te pół godziny bez dotykania naszej masy drożdżowo-mączno-owocowej, możemy doń zajrzeć, powąchać i napawać się pięknym drożdżowym zapachem. Następnie zanurzamy weń łyżkę, nabieramy odpowiednią ilość i na mocno rozgrzanej patelni z olejem smażymy pyszne, puchate racuszki po 3 minuty z każdej strony. Placki odsączamy z tłuszczu na papierowym ręczniku, posypujemy cukrem pudrem i połykamy.

Smacznego!

Agata Żyto

Owocowe racuszki

wtorek, Kwiecień 28th, 2015

Moje dzisiejsze smażenie placków zbiegło się z pierwszymi w tym roku oględzinami w ogródku warzywnym. Znalazłam tam już trochę ziół z ubiegłego roku! A na powietrzu było tak przyjemnie, że kolację dokończyliśmy na zielonej trawce i leżaku. Róbcie placki!!

Co potrzeba (proporcje na 4 osoby)
30 dkg świeżych drożdży
350 g mąki
4 łyżki cukru
250 ml mleka
1 jajko
1/3 paczki masła
szczypta soli
1 banan, 1 jabłko, 1 gruszka
olej do smażenia
cukier puder do posypania

Wykonanie:
Mleko podgrzewamy tak, aby było letnie. Do miski wkładamy drożdże, wsypujemy 1 łyżkę cukru, 3 łyżki mąki, wlewamy ciepłe (nie gorące mleko). 

Wszystkie składniki bardzo dokładnie mieszamy. Tak powstaje zaczyn, który odstawiamy w ciepłe miejsce, przykrywając ściereczką na około 15-20 minut aby urosło. W międzyczasie obieramy owoce i kroimy je na cząstki (nieregularne kształty 1-2cm), a masło roztapiamy w garnuszku.

Kiedy już mamy ładnie wyrośnięty zaczyn, dodajemy do niego pozostałe składniki (resztę mąki, sól, resztę cukru, jajko, wlewamy masło). Wszystko razem mieszamy łyżką, a na końcu dodajemy owoce. Odstawiamy ciasto w misce pod ściereczką na 30 minut (to jest konieczne!!). Kiedy wytrzymamy te pół godziny bez dotykania naszej masy drożdżowo-mączno-owocowej, możemy doń zajrzeć, powąchać i napawać się pięknym drożdżowym zapachem. Następnie zanurzamy weń łyżkę, nabieramy odpowiednią ilość i na mocno rozgrzanej patelni z olejem smażymy pyszne, puchate racuszki po 3 minuty z każdej strony. Placki odsączamy z tłuszczu na papierowym ręczniku, posypujemy cukrem pudrem i połykamy.

Smacznego!

Agata Żyto

Aktualna pielęgnacja włosów

poniedziałek, Kwiecień 27th, 2015

W ostatnich wpisach włosowych zdradziłam Wam swoje ulubione duety pielęgnacyjne, a także podzieliłam się tym, jak dbam o swoje rozjaśniane blond pasma. Wprawdzie przy okazji piramidy pielęgnacyjnej padło kilka nazw kosmetyków, jednak od lutego kilka rzeczy się zmieniło. Odeszło stare, przyszło nowe. Pomyślałam, że być może kilka produktów Was zainteresuje.

*Na zdjęciu włosy po nocnym koczku, dzień wcześniej umyte rano szamponem pszeniczno – owsianym Sylveco i potraktowane odżywką nawilżającą Macadamia.
Obecną pielęgnację włosów mogłabym zamknąć w 7 grupach: mycie, odżywianie, zabezpieczanie końcówek, olejowanie, pielęgnowanie skóry głowy, czesanie i dieta.
Mycie

W tej chwili posiadam cztery szampony. Zapytacie: po co aż cztery? A no dlatego, że każdy ma swoją funkcję. Do oczyszczania niezmiennie od wielu, wielu miesięcy służy mi taniutka, pokrzywowa Barwa (która notabene zmieniła ostatnio szatę graficzną, przyznam, że na plus :) ). Myję nią włosy zarówno solo, jak i używam do peelingu cukrowego. Świetnie wypada także w połączeniu z olejkiem z drzewa herbacianego lub rozmarynowym (pomaga w pozbyciu się, np. łupieżu czy swędzenia skóry). Codziennymi szamponami są dwie sprawdzone od dawna pozycje marki Sylveco: delikatny balsam myjący oraz odbudowujący szampon pszeniczno – owsiany. Działają podobnie – dobrze myją, pozostawiają włosy miękkie i niesplątane, aczkolwiek mam wrażenie, że ten drugi nieco lepiej oczyszcza. Nowością w grupie myjadeł jest nawilżający szampon Macadamia (Rejuvenating Shampoo). Stosuję go od kilku tygodni i muszę przyznać, że to bardzo dobry produkt, który faktycznie włosy pielęgnuje. Po umyciu są miękkie, sypkie, błyszczące i pełne objętości. Gdy bardzo zależy mi na pięknej fryzurze, sięgam właśnie po niego.

Odżywianie

O ile szamponów w łazience stoi cztery, o tyle typowych odżywek… jedna.:) Jest nią nawilżająca Macadamia (Moisturizing Rinse) – kosmetyk o lekkiej konsystencji mleczka, którą moje włosy wręcz piją. Po minucie czy dwóch nie pozostaje wiele do spłukania. Jej delikatność widzę także po wyschnięciu/wysuszeniu włosów. Są miękkie, puszyste, nabłyszczone i nieobciążone. To dobra pozycja, jeśli chodzi o codzienne nawilżanie pasm.

Druga część kosmetyków to maski. Na tę chwilę posiadam trzy – dość przeciętną Omega Kallos, genialną (nie boję się użyć tego słowa w jej kontekście), głęboko odżywczą maskę Macadamia (Deep Repair Masque) i baaardzo dobrą Absolut Repair Lipidium L’Oreal. Kupując Omegę, miałam nadzieję na powtórkę z wersji Banana. Niestety okazało się, że jest słabsza. Mam wrażenie, że gorzej nawilża, zmiękcza i do tego lekko spusza końcówki. Szkoda, bo jednak litr maski to bardzo dużo i pewnie będę męczyła się z nią kilka miesięcy. Jedyne wyjście, jakie widzę to tuningowanie jej żelem lnianym, aloesowym i olejami. Jej przeciwieństwem jest natomiast wspomniana Macadamia Deep Repair, którą nakładam na włosy z pełnym nabożeństwem. Niesamowicie gęsta, a przez co szalenie wydajna, o obłędnym zapachu (włosy po niej pachną jakbym wylała na nie sporą ilość perfum) i niestety wysokiej cenie. Jestem jednak gotowa odłożyć na ten produkt, by cieszyć się pięknymi, niczym po dobrym zabiegu u fryzjera po włosami przez kilka dni od jej nałożenia. Podobne zdanie mam na temat maski L’Oreal Absolut Repair Lipidium, która wygładza, nawilża i zmiękcza, choć odnoszę wrażenie, że zdarza jej się nieco obciążyć moje włosy, czego przy Macadamii nigdy nie doświadczyłam.

Zabezpieczanie końcówek

W tej kwestii pozostaję wierna jedwabiowi Green Pharmacy, olejkowi Isana, serum Indola albo rozświetlającemu eliksirowi Toni&Guy. Stosuję je zamiennie, licząc, że choć jeden w końcu uda mi się zdenkować. Działają bardzo podobnie – wygładzają, nabłyszczają i przede wszystkim zabezpieczają przed rozdwajaniem.
Olejowanie

Niezmiennie liderem pośród olejów jest kokosowa Vatika i tylko jej właściwie trzymam się od jakiegoś czasu. Najbardziej lubię nakładać ją na mokro (metoda rosołkowa, na żel lniany lub mgiełkę).

Pielęgnacja skóry głowy

W tej kategorii zaliczyłam powrót do Jantaru. Odpukać na razie utratą włosów nie muszę się martwić (trzymają się głowy jak nigdy, bardziej irytują mnie odstające z każdej strony baby hair…), jednak zakup poczyniłam w obawie przed wypadaniem pociążowym. Zaopatrzyłam się w buteleczkę i wcieram jej zwartość w niewielkich ilościach codziennie lub co drugi dzień na noc. Liczę, że stosując wcierkę zostanę choć trochę oszczędzona, w innym wypadku… chyba będę łysa.

Czesanie

Nie sądziłam, że kawałek plastiku z igiełkami spowoduje, że na długo porzucę pomysł kupienia klasycznej szczotki z naturalnego włosia. A jednak. Tangle Teezer, a dokładnie trzy jeżyki z rodzinki TT na tę chwilę zadowalają mnie na tyle, że nie myślę już o innych szczotkach. Posiadam wersję klasyczną, kompaktową oraz dedykowaną pod prysznic, która świetnie sprawdza się chociażby w rozprowadzaniu odżywki czy maski. Zalety TT? Rozczesują bez wyrywania włosów, wygładzają fryzurę, nie elektryzują pasm, są wykonane z mocnego plastiku oraz łatwe w utrzymaniu w czystości. Jedyną ich wadą jest chyba brak rączki, który wciąż zdarza mi się odczuć (szczególnie w maleńkiej kompaktowej, nieustannie wypadającej mi z dłoni).

Dieta

Wcześniej ta kategoria rzadko pojawiała się w aktualizacjach, bo po prostu mniejszą wagę przykładałam do związku jedzenia ze stanem chociażby skóry (także głowy), paznokci i kondycji nowowyrastających włosów. Od jakiegoś czasu mocno zwracam uwagę na to, co jem, a to zaowocowało regularnym piciem oleju lnianego, koktajli jabłkowo – pietruszkowych oraz spożywania innych pysznych posiłków, zawierających istotne dla zdrowia, a co za tym idzie urody elementów. Do codziennej diety włączyłam, ponadto, co wymieniłam wyżej, siemię lniane, awokado, migdały, orzechy włoskie, nasiona dyni, surową marchewkę, paprykę czerwoną, kaszę jaglaną. Poza tym pilnuję systematycznego picia wody (ze względu na wysoką zawartość minerałów wybieram Staropolankę lub Kryniczankę).

Znacie któryś z wymienionych kosmetyków? Jakie wrażenie na Was wywarły? A może odkryłyście ostatnio jakiś włosowy hit? Podzielcie się. :)

Aktualna pielęgnacja włosów

niedziela, Kwiecień 26th, 2015

W ostatnich wpisach włosowych zdradziłam Wam swoje ulubione duety pielęgnacyjne, a także podzieliłam się tym, jak dbam o swoje rozjaśniane blond pasma. Wprawdzie przy okazji piramidy pielęgnacyjnej padło kilka nazw kosmetyków, jednak od lutego kilka rzeczy się zmieniło. Odeszło stare, przyszło nowe. Pomyślałam, że być może kilka produktów Was zainteresuje.

*Na zdjęciu włosy po nocnym koczku, dzień wcześniej umyte rano szamponem pszeniczno – owsianym Sylveco i potraktowane odżywką nawilżającą Macadamia.
Obecną pielęgnację włosów mogłabym zamknąć w 7 grupach: mycie, odżywianie, zabezpieczanie końcówek, olejowanie, pielęgnowanie skóry głowy, czesanie i dieta.
Mycie

W tej chwili posiadam cztery szampony. Zapytacie: po co aż cztery? A no dlatego, że każdy ma swoją funkcję. Do oczyszczania niezmiennie od wielu, wielu miesięcy służy mi taniutka, pokrzywowa Barwa (która notabene zmieniła ostatnio szatę graficzną, przyznam, że na plus :) ). Myję nią włosy zarówno solo, jak i używam do peelingu cukrowego. Świetnie wypada także w połączeniu z olejkiem z drzewa herbacianego lub rozmarynowym (pomaga w pozbyciu się, np. łupieżu czy swędzenia skóry). Codziennymi szamponami są dwie sprawdzone od dawna pozycje marki Sylveco: delikatny balsam myjący oraz odbudowujący szampon pszeniczno – owsiany. Działają podobnie – dobrze myją, pozostawiają włosy miękkie i niesplątane, aczkolwiek mam wrażenie, że ten drugi nieco lepiej oczyszcza. Nowością w grupie myjadeł jest nawilżający szampon Macadamia (Rejuvenating Shampoo). Stosuję go od kilku tygodni i muszę przyznać, że to bardzo dobry produkt, który faktycznie włosy pielęgnuje. Po umyciu są miękkie, sypkie, błyszczące i pełne objętości. Gdy bardzo zależy mi na pięknej fryzurze, sięgam właśnie po niego.

Odżywianie

O ile szamponów w łazience stoi cztery, o tyle typowych odżywek… jedna.:) Jest nią nawilżająca Macadamia (Moisturizing Rinse) – kosmetyk o lekkiej konsystencji mleczka, którą moje włosy wręcz piją. Po minucie czy dwóch nie pozostaje wiele do spłukania. Jej delikatność widzę także po wyschnięciu/wysuszeniu włosów. Są miękkie, puszyste, nabłyszczone i nieobciążone. To dobra pozycja, jeśli chodzi o codzienne nawilżanie pasm.

Druga część kosmetyków to maski. Na tę chwilę posiadam trzy – dość przeciętną Omega Kallos, genialną (nie boję się użyć tego słowa w jej kontekście), głęboko odżywczą maskę Macadamia (Deep Repair Masque) i baaardzo dobrą Absolut Repair Lipidium L’Oreal. Kupując Omegę, miałam nadzieję na powtórkę z wersji Banana. Niestety okazało się, że jest słabsza. Mam wrażenie, że gorzej nawilża, zmiękcza i do tego lekko spusza końcówki. Szkoda, bo jednak litr maski to bardzo dużo i pewnie będę męczyła się z nią kilka miesięcy. Jedyne wyjście, jakie widzę to tuningowanie jej żelem lnianym, aloesowym i olejami. Jej przeciwieństwem jest natomiast wspomniana Macadamia Deep Repair, którą nakładam na włosy z pełnym nabożeństwem. Niesamowicie gęsta, a przez co szalenie wydajna, o obłędnym zapachu (włosy po niej pachną jakbym wylała na nie sporą ilość perfum) i niestety wysokiej cenie. Jestem jednak gotowa odłożyć na ten produkt, by cieszyć się pięknymi, niczym po dobrym zabiegu u fryzjera po włosami przez kilka dni od jej nałożenia. Podobne zdanie mam na temat maski L’Oreal Absolut Repair Lipidium, która wygładza, nawilża i zmiękcza, choć odnoszę wrażenie, że zdarza jej się nieco obciążyć moje włosy, czego przy Macadamii nigdy nie doświadczyłam.

Zabezpieczanie końcówek

W tej kwestii pozostaję wierna jedwabiowi Green Pharmacy, olejkowi Isana, serum Indola albo rozświetlającemu eliksirowi Toni&Guy. Stosuję je zamiennie, licząc, że choć jeden w końcu uda mi się zdenkować. Działają bardzo podobnie – wygładzają, nabłyszczają i przede wszystkim zabezpieczają przed rozdwajaniem.

Olejowanie

Niezmiennie liderem pośród olejów jest kokosowa Vatika i tylko jej właściwie trzymam się od jakiegoś czasu. Najbardziej lubię nakładać ją na mokro (metoda rosołkowa, na żel lniany lub mgiełkę).

Pielęgnacja skóry głowy

W tej kategorii zaliczyłam powrót do Jantaru. Odpukać na razie utratą włosów nie muszę się martwić (trzymają się głowy jak nigdy, bardziej irytują mnie odstające z każdej strony baby hair…), jednak zakup poczyniłam w obawie przed wypadaniem pociążowym. Zaopatrzyłam się w buteleczkę i wcieram jej zwartość w niewielkich ilościach codziennie lub co drugi dzień na noc. Liczę, że stosując wcierkę zostanę choć trochę oszczędzona, w innym wypadku… chyba będę łysa.

Czesanie

Nie sądziłam, że kawałek plastiku z igiełkami spowoduje, że na długo porzucę pomysł kupienia klasycznej szczotki z naturalnego włosia. A jednak. Tangle Teezer, a dokładnie trzy jeżyki z rodzinki TT na tę chwilę zadowalają mnie na tyle, że nie myślę już o innych szczotkach. Posiadam wersję klasyczną, kompaktową oraz dedykowaną pod prysznic, która świetnie sprawdza się chociażby w rozprowadzaniu odżywki czy maski. Zalety TT? Rozczesują bez wyrywania włosów, wygładzają fryzurę, nie elektryzują pasm, są wykonane z mocnego plastiku oraz łatwe w utrzymaniu w czystości. Jedyną ich wadą jest chyba brak rączki, który wciąż zdarza mi się odczuć (szczególnie w maleńkiej kompaktowej, nieustannie wypadającej mi z dłoni).

Dieta

Wcześniej ta kategoria rzadko pojawiała się w aktualizacjach, bo po prostu mniejszą wagę przykładałam do związku jedzenia ze stanem chociażby skóry (także głowy), paznokci i kondycji nowowyrastających włosów. Od jakiegoś czasu mocno zwracam uwagę na to, co jem, a to zaowocowało regularnym piciem oleju lnianego, koktajli jabłkowo – pietruszkowych oraz spożywania innych pysznych posiłków, zawierających istotne dla zdrowia, a co za tym idzie urody elementów. Do codziennej diety włączyłam, ponadto, co wymieniłam wyżej, siemię lniane, awokado, migdały, orzechy włoskie, nasiona dyni, surową marchewkę, paprykę czerwoną, kaszę jaglaną. Poza tym pilnuję systematycznego picia wody (ze względu na wysoką zawartość minerałów wybieram Staropolankę lub Kryniczankę).
Znacie któryś z wymienionych kosmetyków? Jakie wrażenie na Was wywarły? A może odkryłyście ostatnio jakiś włosowy hit? Podzielcie się. :)

Tydzień z życia matki

piątek, Kwiecień 24th, 2015

Zresztą weekend, czy w ogóle dni tygodnia przestały mieć dla mnie znaczenie. Zaczęło się jakieś 3 miesiące temu, kiedy w domu pojawiła się wymagająca, nastawiona roszczeniowo istota, która nie ustępuje ani na krok i jest perfekcyjnie bezwzględna. Wszystko, czego chce, ma być tu i teraz, a jeśli nie, to będzie „jazda”. Istota pojawiła się z odległej galaktyki, kosmosu, nieba i tym podobnej przestrzeni. Obdarzyłam ją jedynie ciałem, jej przyjście na świat okupione zostało bólem, jakiego do tej pory nie znałam. Wygląda jak żywy dowód istnienia obcej cywilizacji – wielka głowa, długie i szczupłe kończyny o nieporadnych ruchach i pomarszczona twarz z niewidzącymi wielkimi oczami. Normalnie obcy, alien. Nie jest mną w ogóle zainteresowana poza aspektami kulinarno-higienicznymi. Potocznie nazywana ukochaną córeczką, bezwzględnie rządzi wszystkim i wszystkimi w domu. Żaden terrorysta nie jest tak skuteczny. Z nią się nie da negocjować. Oto, co kryje się za słodkim maleństwem, czyli tydzień z życia młodej (niekoniecznie wiekiem, ale stażem na pewno) matki.

Z łazienki wlokę się z pół przymkniętymi oczami do kuchni. Włączam czajnik. Wraz z narastającym szumem wody słyszę pojedyncze kwękanie. Istota daje mi jednoznaczny sygnał, że chce nowej pieluszki, jedzenia i noszenia na rękach. Biegnę w kierunku łóżeczka i uśmiecham się do niej. Echo. Mina po tytułem: pospiesz się, przecież widzisz, że jestem głodna! No widzę, ale chciałam jakoś tak pogadać może trochę przed jedzeniem. Ryk. No to już pogadałyśmy. Stoper włączony. Czas start. Zmiana pieluszki. Brak odpowiedniej szybkości i sprawności tej wymiany grozi „zalaniem” gustownego stroju w króliczki. Z kolei zmiana garderoby to piękne crescendo – z uroczego piano-kwękania przechodzimy płynnie w ryk-forte.

Jeżeli do tej pory chciało mi się spać, to właśnie jestem całkowicie obudzona. W przytłumionym świetle nocnej lampki obie wytężamy wzrok. Ja szukam zatrzasków w nogawkach króliczka, ona szuka nakrytego stołu, czyli mojej nagiej piersi. W ciągu kilku sekund, które wydają się być kulminacją koncertu w filharmonii z bębnami, trąbkami i tuzinem skrzypiec, zapada cisza. Od czasu do czasu słychać tylko ciche przełykanie. Zaczynam z powrotem odczuwać zmęczenie. Odpływam. Budzi mnie gwałtownie spadająca moja własna głowa. Istota przełyka w milczeniu, od czasu do czasu pomlaskuje. Siedzę na łóżku i torturuję się widokiem czekającej na mnie kołdry i poduszki, które wołają: chodź do nas! Jeszcze nie mogę się położyć. To dopiero przystawka. Na drugie danie będzie butelka. 

Choć dla mnie ten biały proszek rozrobiony z wodą nie jest szczególnie atrakcyjny, dla niej to istny rarytas, niczym dla mnie butelka włoskiego Amarone. Przy okazji – od roku nie piję alkoholu. Nie z własnej inicjatywy. Istota tego wymaga. Żadnej dyspensy, póki nie powie dość. Zanim podam butelkę czeka mnie kolejny wyścig z czasem. Zbyt długa przerwa w jedzeniu oznacza oczywiście ryk. A ryk o 4.30 nad ranem równa się złowrogie spojrzenia sąsiadów następnego dnia okraszone domyślnym komentarzem: może jakoś dałoby się to lepiej ogarnąć następnym razem? Pędzę więc do kuchni. Odmierzam wodę, sprawdzam temperaturę parząc sobie wewnętrzną stronę nadgarstka. Teraz tylko odmierzony precyzyjnie proszek. Wstrząśnięte, nie mieszane. I gotowe. Wracam biegiem do sypialni. Istota obdarza mnie pełnym wyrzutu spojrzeniem: co tak długo?! Starałam się jak mogłam. Jednak moje tłumaczenia są bez znaczenia. Wreszcie o 5.00 idę spać. Przykładam głowę do poduszki… i nagle jest 8.00 rano.

Poniedziałek, godz. 8.15. W domu cisza. Nie zdążyłam powiedzieć dzień dobry (i do widzenia) ukochanemu, który pojechał już do biura. Choć mieszkamy razem, a ja całymi dniami jestem w domu, to mam nieodparte wrażenie, że rzadziej się widujemy. Ot, taki paradoks. Istota śpi. Teraz naprawdę wygląda jak alien, chociaż taki bardziej słodki. Za oknem obserwuję przez chwilę, jak ludzie jadą do pracy. Zaczynam im zazdrościć. Wyspali się (tzn. domniemywam, że spali dłużej niż 3 godziny z rzędu), umyli się, a może nawet zjedli śniadanie. W telewizji nienagannie umalowana prezenterka energicznie przekazuje najświeższe wiadomości. Ja dalej mam cienie pod oczami i niewiele z tych informacji do mnie dociera.

Po kolejnym  opisanym powyżej procesie zwanym potocznie karmieniem i przewijaniem, zastanawiam się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Jestem głodna, ale ciepła poduszka i kołdra kuszą. Ulegam i zalegam na pół godzinki (jak mi się naiwnie wydaje) w najwspanialszym miejscu na świecie, czyli zasypiam we własnym łóżku. Budzę się gwałtownie i patrzę na zegarek. Minęły 2 godziny. Nie jest dobrze. Już jestem spóźniona. Znów biegnę do kuchni. Tym razem robię dla siebie śniadanie. Zjadłam jedną kanapkę, herbata jest jeszcze zbyt gorąca do picia. Alien się budzi. W czasie karmienia torturuję się tym razem widokiem drugiej czekającej na mnie kanapki. Patrzę również w kierunku stygnącej herbaty. Kiedy w końcu będę mogła się jej napić, zostanie z niej smętna ice tea.

Środa, minęła 13.00. Jeszcze jestem w pidżamie. Za to zjadłam śniadanie. Zachowuję się cichutko, żeby nie obudzić śpiącej Istoty. Ryzykuję i idę pod prysznic. Ryzykuję jeszcze bardziej i postanawiam umyć włosy. I właśnie w momencie, kiedy nakładam odżywkę słyszę coraz głośniejsze zawodzenie przechodzące płynnie w regularny płacz. Włączam tryb przyspieszony, czyli odkręcam wodę do końca i pospiesznie spłukuję włosy. A miało być tak pięknie. Miałam nawet nadzieję, że uda się wklepać balsam do ciała. Ostatnio dbanie o siebie ogranicza się do kąpieli i mycia zębów. Większość moich kremów, maseczek, peelingów i balsamów leży odłogiem. Wyskakuję z wanny jak oparzona, łapię ręcznik i biegnę do tzw. słodkiego maleństwa, które ze łzami w oczach i miną „porzuciłaś mnie!” prezentuje bezzębną jamę ustną.

Pediatra by się ucieszył z tak dobrego widoku do przeglądu gardła. Widok nagiej matki tańczącej z ręcznikiem wokół łóżeczka, strojącej wesołe miny i skaczącej na jednej nodze w poszukiwaniu podkoszulki powoli staje się codziennością dla Istoty. Wobec takiego obrotu sprawy mam kolejny dylemat. Jej spacer czy mój obiad. Oczywiście spacer wygrywa. Naiwnie liczę na to, że po powrocie do domu grzecznie pójdzie spać, a ja w tym czasie zaspokoję głód (bo jeszcze nie wiem, czy to będzie coś na ciepło, czy tylko kanapka w biegu).

pranieSłoneczny dzień sprawia, że spacer wydłuża się do godziny. Istota z niewinną miną śpi w najlepsze, a ja wykonuję zaległe telefony, internetowy przegląd prasy, facebooka, poczty i tvn24. W drodze powrotnej robię zakupy. Spacer to przeważnie jedyny moment w ciągu dnia, kiedy wychodzę z domu, więc staram się kupić wszystko, co potrzeba. Oczywiście większością domowych sprawunków obarczony został mój ukochany, który doskonale się z tego wywiązuje, ale tym bardziej chciałabym choć trochę go odciążyć, a nie zajmować się wyłącznie dzieckiem 24 godziny na dobę. W końcu jestem na urlopie macierzyńskim. Siedzę w domu, mogę zajmować się dzieckiem i domem. Teoretycznie. Nigdy nie rozumiałam tych dowcipów rysunkowych z widokiem matki z dzieckiem na ręku, mieszającej w garnku drugą ręką, a nogą zamykającej pralkę. Och, właśnie mi się przypomniało, że czeka na mnie nierozwieszone pranie. Zgadnijcie czyje?! Tak, tak, tak. Ubranka w króliczki, spodenki w groszki, czapeczka z misiem… 

Piątkowy wieczór. Zmęczony po całym dniu mój ukochany wraca do domu. Plan był taki, że szykuję kolację. Od rana. Niestety plan okazał się zbyt ambitny. Miałam zrobić risotto z cukinią. Ryż za szybko wchłonął wodę i z risotto pozostała zaschnięta twarda papka, miejscami przypalona. A ja z Istotą na ręku i pobojowiskiem na głowie (odkryła, że da się ciągnąć mamę za włosy) błagalnym wzrokiem staram się zatuszować moją kulinarną porażkę. Moja mina na niego nie działa. Na szczęście z pomocą przychodzi Istota – wie, kiedy posłać mu promienny bezzębny uśmiech, który wieńczy krótkim entuzjastycznym piskiem. Uff, zapomniał o przypalonym risotto.

Dzwonimy po pizzę… Jednak to nie koniec atrakcji w piątkowy wieczór. Czeka nas kąpiel. Pisząc „nas” mam na myśli całą trójkę, bo wieczorna toaleta Istoty to skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie. Mój ukochany przygotowuje wanienkę z płynem i oliwką, a ja wkraczam na gotowe. Potem już „tylko” kolacja i spać. W trakcie karmienia można obejrzeć wiadomości, ale filmu już nie, bo trzeba aliena położyć do łóżeczka. Jednak przed snem Istota ma wyraźną ochotę ze mną pogadać. Zaczyna od „uuuuuu, uuuuuu”. Więc jej odpowiadam „aaaaaaaa, iiiiiii”. Potem żeśmy się rozgadały: „iiiuuuuuu, eeeeeełłeeee” trwa dobre 40 minut. W końcu skończyła opowiadać mi, co wydarzyło się dziś w jej życiu (jakbym o tym nie miała pojęcia). Idziemy spać. Znaczy, kto idzie spać, ten idzie spać. Ja muszę rozwiesić pranie. Miałam jeszcze poprasować, ale to przerosło moje możliwości. Postanawiam posiedzieć z ukochanym na kanapie. Przez chwilę tępo patrzę w telewizor. Zasypiam na jego ramieniu. Pośpię trochę, tak do 1.00 w nocy…

Dominika Chirek

Tydzień z życia matki

czwartek, Kwiecień 23rd, 2015

Zresztą weekend, czy w ogóle dni tygodnia przestały mieć dla mnie znaczenie. Zaczęło się jakieś 3 miesiące temu, kiedy w domu pojawiła się wymagająca, nastawiona roszczeniowo istota, która nie ustępuje ani na krok i jest perfekcyjnie bezwzględna. Wszystko, czego chce, ma być tu i teraz, a jeśli nie, to będzie „jazda”. Istota pojawiła się z odległej galaktyki, kosmosu, nieba i tym podobnej przestrzeni. Obdarzyłam ją jedynie ciałem, jej przyjście na świat okupione zostało bólem, jakiego do tej pory nie znałam. Wygląda jak żywy dowód istnienia obcej cywilizacji – wielka głowa, długie i szczupłe kończyny o nieporadnych ruchach i pomarszczona twarz z niewidzącymi wielkimi oczami. Normalnie obcy, alien. Nie jest mną w ogóle zainteresowana poza aspektami kulinarno-higienicznymi. Potocznie nazywana ukochaną córeczką, bezwzględnie rządzi wszystkim i wszystkimi w domu. Żaden terrorysta nie jest tak skuteczny. Z nią się nie da negocjować. Oto, co kryje się za słodkim maleństwem, czyli tydzień z życia młodej (niekoniecznie wiekiem, ale stażem na pewno) matki.

Z łazienki wlokę się z pół przymkniętymi oczami do kuchni. Włączam czajnik. Wraz z narastającym szumem wody słyszę pojedyncze kwękanie. Istota daje mi jednoznaczny sygnał, że chce nowej pieluszki, jedzenia i noszenia na rękach. Biegnę w kierunku łóżeczka i uśmiecham się do niej. Echo. Mina po tytułem: pospiesz się, przecież widzisz, że jestem głodna! No widzę, ale chciałam jakoś tak pogadać może trochę przed jedzeniem. Ryk. No to już pogadałyśmy. Stoper włączony. Czas start. Zmiana pieluszki. Brak odpowiedniej szybkości i sprawności tej wymiany grozi „zalaniem” gustownego stroju w króliczki. Z kolei zmiana garderoby to piękne crescendo – z uroczego piano-kwękania przechodzimy płynnie w ryk-forte.

Jeżeli do tej pory chciało mi się spać, to właśnie jestem całkowicie obudzona. W przytłumionym świetle nocnej lampki obie wytężamy wzrok. Ja szukam zatrzasków w nogawkach króliczka, ona szuka nakrytego stołu, czyli mojej nagiej piersi. W ciągu kilku sekund, które wydają się być kulminacją koncertu w filharmonii z bębnami, trąbkami i tuzinem skrzypiec, zapada cisza. Od czasu do czasu słychać tylko ciche przełykanie. Zaczynam z powrotem odczuwać zmęczenie. Odpływam. Budzi mnie gwałtownie spadająca moja własna głowa. Istota przełyka w milczeniu, od czasu do czasu pomlaskuje. Siedzę na łóżku i torturuję się widokiem czekającej na mnie kołdry i poduszki, które wołają: chodź do nas! Jeszcze nie mogę się położyć. To dopiero przystawka. Na drugie danie będzie butelka. 

Choć dla mnie ten biały proszek rozrobiony z wodą nie jest szczególnie atrakcyjny, dla niej to istny rarytas, niczym dla mnie butelka włoskiego Amarone. Przy okazji – od roku nie piję alkoholu. Nie z własnej inicjatywy. Istota tego wymaga. Żadnej dyspensy, póki nie powie dość. Zanim podam butelkę czeka mnie kolejny wyścig z czasem. Zbyt długa przerwa w jedzeniu oznacza oczywiście ryk. A ryk o 4.30 nad ranem równa się złowrogie spojrzenia sąsiadów następnego dnia okraszone domyślnym komentarzem: może jakoś dałoby się to lepiej ogarnąć następnym razem? Pędzę więc do kuchni. Odmierzam wodę, sprawdzam temperaturę parząc sobie wewnętrzną stronę nadgarstka. Teraz tylko odmierzony precyzyjnie proszek. Wstrząśnięte, nie mieszane. I gotowe. Wracam biegiem do sypialni. Istota obdarza mnie pełnym wyrzutu spojrzeniem: co tak długo?! Starałam się jak mogłam. Jednak moje tłumaczenia są bez znaczenia. Wreszcie o 5.00 idę spać. Przykładam głowę do poduszki… i nagle jest 8.00 rano.

Poniedziałek, godz. 8.15. W domu cisza. Nie zdążyłam powiedzieć dzień dobry (i do widzenia) ukochanemu, który pojechał już do biura. Choć mieszkamy razem, a ja całymi dniami jestem w domu, to mam nieodparte wrażenie, że rzadziej się widujemy. Ot, taki paradoks. Istota śpi. Teraz naprawdę wygląda jak alien, chociaż taki bardziej słodki. Za oknem obserwuję przez chwilę, jak ludzie jadą do pracy. Zaczynam im zazdrościć. Wyspali się (tzn. domniemywam, że spali dłużej niż 3 godziny z rzędu), umyli się, a może nawet zjedli śniadanie. W telewizji nienagannie umalowana prezenterka energicznie przekazuje najświeższe wiadomości. Ja dalej mam cienie pod oczami i niewiele z tych informacji do mnie dociera.

Po kolejnym  opisanym powyżej procesie zwanym potocznie karmieniem i przewijaniem, zastanawiam się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Jestem głodna, ale ciepła poduszka i kołdra kuszą. Ulegam i zalegam na pół godzinki (jak mi się naiwnie wydaje) w najwspanialszym miejscu na świecie, czyli zasypiam we własnym łóżku. Budzę się gwałtownie i patrzę na zegarek. Minęły 2 godziny. Nie jest dobrze. Już jestem spóźniona. Znów biegnę do kuchni. Tym razem robię dla siebie śniadanie. Zjadłam jedną kanapkę, herbata jest jeszcze zbyt gorąca do picia. Alien się budzi. W czasie karmienia torturuję się tym razem widokiem drugiej czekającej na mnie kanapki. Patrzę również w kierunku stygnącej herbaty. Kiedy w końcu będę mogła się jej napić, zostanie z niej smętna ice tea.

Środa, minęła 13.00. Jeszcze jestem w pidżamie. Za to zjadłam śniadanie. Zachowuję się cichutko, żeby nie obudzić śpiącej Istoty. Ryzykuję i idę pod prysznic. Ryzykuję jeszcze bardziej i postanawiam umyć włosy. I właśnie w momencie, kiedy nakładam odżywkę słyszę coraz głośniejsze zawodzenie przechodzące płynnie w regularny płacz. Włączam tryb przyspieszony, czyli odkręcam wodę do końca i pospiesznie spłukuję włosy. A miało być tak pięknie. Miałam nawet nadzieję, że uda się wklepać balsam do ciała. Ostatnio dbanie o siebie ogranicza się do kąpieli i mycia zębów. Większość moich kremów, maseczek, peelingów i balsamów leży odłogiem. Wyskakuję z wanny jak oparzona, łapię ręcznik i biegnę do tzw. słodkiego maleństwa, które ze łzami w oczach i miną „porzuciłaś mnie!” prezentuje bezzębną jamę ustną.

Pediatra by się ucieszył z tak dobrego widoku do przeglądu gardła. Widok nagiej matki tańczącej z ręcznikiem wokół łóżeczka, strojącej wesołe miny i skaczącej na jednej nodze w poszukiwaniu podkoszulki powoli staje się codziennością dla Istoty. Wobec takiego obrotu sprawy mam kolejny dylemat. Jej spacer czy mój obiad. Oczywiście spacer wygrywa. Naiwnie liczę na to, że po powrocie do domu grzecznie pójdzie spać, a ja w tym czasie zaspokoję głód (bo jeszcze nie wiem, czy to będzie coś na ciepło, czy tylko kanapka w biegu).

pranieSłoneczny dzień sprawia, że spacer wydłuża się do godziny. Istota z niewinną miną śpi w najlepsze, a ja wykonuję zaległe telefony, internetowy przegląd prasy, facebooka, poczty i tvn24. W drodze powrotnej robię zakupy. Spacer to przeważnie jedyny moment w ciągu dnia, kiedy wychodzę z domu, więc staram się kupić wszystko, co potrzeba. Oczywiście większością domowych sprawunków obarczony został mój ukochany, który doskonale się z tego wywiązuje, ale tym bardziej chciałabym choć trochę go odciążyć, a nie zajmować się wyłącznie dzieckiem 24 godziny na dobę. W końcu jestem na urlopie macierzyńskim. Siedzę w domu, mogę zajmować się dzieckiem i domem. Teoretycznie. Nigdy nie rozumiałam tych dowcipów rysunkowych z widokiem matki z dzieckiem na ręku, mieszającej w garnku drugą ręką, a nogą zamykającej pralkę. Och, właśnie mi się przypomniało, że czeka na mnie nierozwieszone pranie. Zgadnijcie czyje?! Tak, tak, tak. Ubranka w króliczki, spodenki w groszki, czapeczka z misiem… 

Piątkowy wieczór. Zmęczony po całym dniu mój ukochany wraca do domu. Plan był taki, że szykuję kolację. Od rana. Niestety plan okazał się zbyt ambitny. Miałam zrobić risotto z cukinią. Ryż za szybko wchłonął wodę i z risotto pozostała zaschnięta twarda papka, miejscami przypalona. A ja z Istotą na ręku i pobojowiskiem na głowie (odkryła, że da się ciągnąć mamę za włosy) błagalnym wzrokiem staram się zatuszować moją kulinarną porażkę. Moja mina na niego nie działa. Na szczęście z pomocą przychodzi Istota – wie, kiedy posłać mu promienny bezzębny uśmiech, który wieńczy krótkim entuzjastycznym piskiem. Uff, zapomniał o przypalonym risotto.

Dzwonimy po pizzę… Jednak to nie koniec atrakcji w piątkowy wieczór. Czeka nas kąpiel. Pisząc „nas” mam na myśli całą trójkę, bo wieczorna toaleta Istoty to skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie. Mój ukochany przygotowuje wanienkę z płynem i oliwką, a ja wkraczam na gotowe. Potem już „tylko” kolacja i spać. W trakcie karmienia można obejrzeć wiadomości, ale filmu już nie, bo trzeba aliena położyć do łóżeczka. Jednak przed snem Istota ma wyraźną ochotę ze mną pogadać. Zaczyna od „uuuuuu, uuuuuu”. Więc jej odpowiadam „aaaaaaaa, iiiiiii”. Potem żeśmy się rozgadały: „iiiuuuuuu, eeeeeełłeeee” trwa dobre 40 minut. W końcu skończyła opowiadać mi, co wydarzyło się dziś w jej życiu (jakbym o tym nie miała pojęcia). Idziemy spać. Znaczy, kto idzie spać, ten idzie spać. Ja muszę rozwiesić pranie. Miałam jeszcze poprasować, ale to przerosło moje możliwości. Postanawiam posiedzieć z ukochanym na kanapie. Przez chwilę tępo patrzę w telewizor. Zasypiam na jego ramieniu. Pośpię trochę, tak do 1.00 w nocy…

Dominika Chirek

Balsam dla każdej Mamy

czwartek, Kwiecień 23rd, 2015

Ciało Mamy nie ma łatwego zadania. Musi wykazać się niesamowitymi zdolnościami przystosowania do sytuacji. Kobiety obawiają się, że po ciąży, ich figura nigdy nie będzie taka sama. Z niedowierzaniem patrzymy na celebrytki, które już w 2 miesiące po porodzie prezentują płaski brzuch. Podejrzewamy ingerencję skalpela, cudotwórcze kosmetyki lub niesamowite geny…

Z tymi genami, to trochę prawda. Niektóre kobiety mają wyjątkowo elastyczną skórę po prostu z natury. Mam koleżankę, która szczyci się kompletnym brakiem rozstępów po ciąży, mimo iż specjalnie nie troszczyła się o jej kondycję przed porodem. Czasem w życiu ma się nieco szczęścia. A czasem trzeba mu pomóc.

Jeśli pamiętamy cieniutkie kreseczki na udach, biodrach, czy czasem, owszem, na biuście, jeszcze z okresu dorastania, to pewnie możemy się spodziewać, że i na ciążowym brzuszku mogą zagościć. Na brzuchu, biuście, udach, pośladkach. Wszystkich miejscach, które podczas ciąży postanowią nieco urosnąć. A po porodzie, gdy już rozmiary powrócą do normy, super byłoby mieć znów jędrną, napiętą skórę w tych obszarach. Jak zagwarantować sobie ten efekt?

Balsam dla przyszłej mamyRegularna pielęgnacja jest kluczowa. Nawilżanie, uelastycznianie, ujędrnianie. Systematycznie, bez wymówek. PAT&RUB oferuje kosmetyk stworzony specjalnie z myślą o kobietach w ciąży, po ciąży i tak naprawdę w każdych okolicznościach – bo jest to uniwersalny balsam nawilżająco-ujędrniający i walczący też z innymi małymi defektami. Co sprawia, że Balsam dla Mamy jest wyjątkowy?

Skład. Oczywiście naturalny. Kompozycja, która powstała z myślą o szczególnej wrażliwości kobiet w ciąży, jak również w trosce o ich komfort w każdej sytuacji. 

MamaW Balsamie można znaleźć więc wiele naturalnych składników o sprawdzonych i znanych nieraz od wieków właściwościach. Kompleksowość zastosowanych tu rozwiązań sprawia, że staje się on kosmetykiem dla kobiety w każdym wieku i okolicznościach. Więc jeśli sięgniemy po niego po raz pierwszy np. w błogosławionym stanie i polubimy jego subtelny zapach oraz przyjemną, lekką i łatwą w aplikacji konsystencję – nic nie stoi na przeszkodzie, by pozostał z nami na dłużej, może nawet na stałe.

Uśmiechnięta Mama z rysunku na opakowaniu balsamu, nakreślona rączką kilkuletniej dziewczynki, uśmiecha się zadowolona. Trudno określić jej wiek i moment życia w jakim się znajduje. I o to chodzi! Drobne niedoskonałości, to czasem po prostu pamiątki po najpiękniejszych chwilach naszego życia. Spójrzmy na nie łagodniej. Bo może nie wszystkie da się usunąć do końca, choć zastosowanie odpowiedniej pielęgnacji na pewno ograniczy ich widoczność, a może też zapobiec ich powstaniu.

Tak czy owak, to część historii bycia Mamą, która i tak na pewno ma, poza tym, mnóstwo powodów do uśmiechu!

Marta Ziubińska

Balsam dla każdej Mamy

środa, Kwiecień 22nd, 2015

Ciało Mamy nie ma łatwego zadania. Musi wykazać się niesamowitymi zdolnościami przystosowania do sytuacji. Kobiety obawiają się, że po ciąży, ich figura nigdy nie będzie taka sama. Z niedowierzaniem patrzymy na celebrytki, które już w 2 miesiące po porodzie prezentują płaski brzuch. Podejrzewamy ingerencję skalpela, cudotwórcze kosmetyki lub niesamowite geny…

Z tymi genami, to trochę prawda. Niektóre kobiety mają wyjątkowo elastyczną skórę po prostu z natury. Mam koleżankę, która szczyci się kompletnym brakiem rozstępów po ciąży, mimo iż specjalnie nie troszczyła się o jej kondycję przed porodem. Czasem w życiu ma się nieco szczęścia. A czasem trzeba mu pomóc.

Jeśli pamiętamy cieniutkie kreseczki na udach, biodrach, czy czasem, owszem, na biuście, jeszcze z okresu dorastania, to pewnie możemy się spodziewać, że i na ciążowym brzuszku mogą zagościć. Na brzuchu, biuście, udach, pośladkach. Wszystkich miejscach, które podczas ciąży postanowią nieco urosnąć. A po porodzie, gdy już rozmiary powrócą do normy, super byłoby mieć znów jędrną, napiętą skórę w tych obszarach. Jak zagwarantować sobie ten efekt?

Balsam dla przyszłej mamyRegularna pielęgnacja jest kluczowa. Nawilżanie, uelastycznianie, ujędrnianie. Systematycznie, bez wymówek. PAT&RUB oferuje kosmetyk stworzony specjalnie z myślą o kobietach w ciąży, po ciąży i tak na prawdę w każdych okolicznościach – bo jest to uniwersalny balsam nawilżająco-ujędrniający i walczący też z innymi małymi defektami. Co sprawia, że Balsam dla Mamy jest wyjątkowy?

Skład. Oczywiście naturalny. Kompozycja, która powstała z myślą o szczególnej wrażliwości kobiet w ciąży, jak również w trosce o ich komfort w każdej sytuacji. 

MamaW Balsamie można znaleźć więc wiele naturalnych składników o sprawdzonych i znanych nieraz od wieków właściwościach. Kompleksowość zastosowanych tu rozwiązań sprawia, że staje się on kosmetykiem dla kobiety w każdym wieku i okolicznościach. Więc jeśli sięgniemy po niego po raz pierwszy np. w błogosławionym stanie i polubimy jego subtelny zapach oraz przyjemną, lekką i łatwą w aplikacji konsystencję – nic nie stoi na przeszkodzie, by pozostał z nami na dłużej, może nawet na stałe.

Uśmiechnięta Mama z rysunku na opakowaniu balsamu, nakreślona rączką kilkuletniej dziewczynki, uśmiecha się zadowolona. Trudno określić jej wiek i moment życia w jakim się znajduje. I o to chodzi! Drobne niedoskonałości, to czasem po prostu pamiątki po najpiękniejszych chwilach naszego życia. Spójrzmy na nie łagodniej. Bo może nie wszystkie da się usunąć do końca, choć zastosowanie odpowiedniej pielęgnacji na pewno ograniczy ich widoczność, a może też zapobiec ich powstaniu.

Tak czy owak, to część historii bycia Mamą, która i tak na pewno ma poza tym mnóstwo powodów do uśmiechu!

Marta Ziubińska

  • Najnowsze wpisy

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Meta