Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Darmowe probki kosmetykow

» 2014 » Lipiec Polowanie na promocje Upoluj co tylko chcesz: konkursy, darmowe próbki, testowanie produktów Konkursy Promocje

Szukaj

Archive for Lipiec, 2014

O dobrych maseczkach, które warto poznać

środa, Lipiec 30th, 2014

Znacie to uczucie, gdy po całym dniu możecie nareszcie zamknąć za sobą drzwi do łazienki i oddać się błogiemu relaksowi? Spędzić te kilka chwil na skoncentrowaniu się wyłącznie na sobie. Można zapalić świecę zapachową, napuścić wody do wanny, starannie zmyć makijaż, wykonać peeling i bez pośpiechu dopieścić zmęczoną i odwodnioną skórę ulubionymi maseczkami. To mój ulubiony scenariusz na wieczór dbania o urodę, o czym zresztą miałam już okazję pisać w tym poście. Ale nie o SPA urodowym chcę dziś ponownie opowiadać. Wejdę w temat bardziej szczegółowo i dotknę jednego z ważniejszych aspektów pielęgnacji twarzy.

Jednym z punktów są wspomniane maseczki, których wielką fanką jestem. Chyba każda z nas wie, że dobrane odpowiednio do potrzeb cery i aplikowane z systematycznością potrafią zdziałać wiele dobrego: oczyścić, gdy borykamy się z zapchanymi porami, wygładzić, kiedy trapi nas problem suchych skórek, zmatowić, gdy za bardzo się błyszczy, nawilżyć i odżywić, kiedy czujemy, że jest nieprzyjemnie napięta, odwodniona, traci jędrność, brakuje jej zdrowego blasku. Maseczki często są kluczem do wydobycia piękna naszej cery.

Zanim jednak przejdę do sedna, czyli podzielenia się z Wami opinią o kilku wartych zainteresowania maseczkach, zanudzę Was trochę wstępem na temat moich maseczkowych doświadczeń w ogóle.

Przygotowując dzisiejszego posta, cofnęłam się na moment do lat nastoletnich i przeanalizowałam, jak zmieniały się moje preferencje maseczkowe. Zaczynałam od saszetkowych peel-offów (na przykład długo stosowałam aloesową z Rossmanna), czyli masek, które po nałożeniu na skórę zastygały, tworząc gładką, żelową powierzchnię, dającą się (o ile nałożyłam odpowiednią ilość kosmetyku, czytaj: grubą warstwę) ściągnąć jednym ruchem dłoni. Wtedy taka forma dbania o cerę, poza standadowym kremem (koniecznie matującym), peelingiem czy tonikiem, wydawała mi się odpowiednia, bo a.) twarz była po zabiegu wygładzona, a pory w strefie T ściągnięte, b.) producent zalecał maseczki peel – off dla posiadaczek cery mieszanej lub tłustej, czyli właśnie takiej jak moja. Nie zdawałam sobie sprawy, że nie do końca to dobry wybór, o czym przekonały mnie między innymi dermatolog i kosmetyczka, mówiąc, że tego typu maski zazwyczaj zawierają wysoko w składzie drażniący i wysuszający alkohol, na dłuższą metę mojemu typowi cery nie służący. I miały rację, bo faktycznie po użyciu maski nie odczuwałam nawilżenia, a jedynie porządne zmatowienie i ściągnięcie skóry, które ratowałam nakładaniem kolejnych kosmetyków. 

Kolejne wybory były mądrzejsze, bo zaczęłam stawiać na czyste glinki i algi oraz na maseczki ze składników kuchennych (aspirynowa, owsiana, z siemienia lnianego, z białka jaj, kurkumy). Zainteresowałam się własnoręcznym kręceniem kosmetyków, co poskutkowało połową lodówki w półproduktach ;) Byłam wówczas zafascynowana mazidłami i muszę przyznać, że część tej ogromnej sympatii do dziś mi pozostała. Proporcja jednak między produktami samorobionymi a drogeryjnymi wygląda obecnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu, bo zdecydowanie na korzyść tych drugich. Wśród kosmetyków tworzonych z półproduktów pozostały tylko te, które służą mi najlepiej i których wykonanie nie pochłania masy czasu: serum hialuronowe, tonik i peeling z kwasem migdałowym, nawilżająca mgiełka do włosów oraz wspomniane maseczki z glinki i alg, na przykład spirulina.

Jakie maseczki stoją teraz na mojej półce w łazience? Jeśli chodzi o opakowanie to preferuję przede wszystkim takie, które są zamknięte są tubkach lub słoiczkach. Nie przepadam za saszetkami i chyba nigdy tak naprawdę takiej formy opakowania nie lubiłam. Nawet glinki i algi przesypuję do szczelnie zakręcanych pudełeczek. Wykorzystuję stare słoiczki po kremach czy podkładach (na przykład buteleczki po podkładzie Colorstay Revlon). Dzięki temu dłużej zachowują świeżość i są wygodniejsze w momencie użycia. Naturalne maseczki w szklane opakowaniach warto przechowywać w suchym i zacienionym miejscu.
Na blogu szeroko pisałam o ulubionych glinkach, ale nie miałam jeszcze okazji wspomnieć o innych, niż o spirulinie, algach. Mianowicie o ascophyllum nodosum (algi brunatne) i laminaria digitata (algi mikronizowane), które w mojej pielęgnacji z powodzeniem funkcjonują od prawie dwóch lat.
Co dobrego dla skóry zawierają algi? 

Jak działają na moją cerę? Nawilżają, wygładzają, poprawiają jej koloryt, wspomagają leczenie zmian trądzikowych, zwężają pory i matowią strefę T.
Zarówno ascophyllum nodosum (algi brunatne) jak i laminaria digitata (algi mikronizowane) posiadają zapach typowy dla alg. Nie jest bardzo intensywny (na pewno nie tak jak spirulina), ale też do wyjatkowo subtelnych nie należy. Mnie kojarzy się z sushi, a dokładnie z zapachem nori. Proszek po wymieszaniu tworzy niejednorodną zawiesinę. Algi mikronizowane po połączeniu z płynem (wodą, jogurtem, hydrolatem czy olejem) przypominają zielony, ciągnący się żel. W przypadku alg brunatnych nie zaobserwowałam tego (maseczka wyglądem przypomina po prostu brazową kupę ;) ). Maseczkę nakładam na oczyszczoną z makijażu skórę na 15 minut (w trakcie noszenia maski odczuwam na zmianę chłód i ciepło, co jest podobno normalną reakcją). Po tym czasie zmywam ją letnią wodą, po czym stosuję tonik, a następnie krem lub olej. Czasem po usunięciu papki na twarzy pojawia się lekkie zaczerwienienie, które po kilku minutach mija. Działanie alg na moją cerę jest silne i długotrwałe, dlatego stosuję ten rodzaj maseczek raz na tydzień, czasem nawet na dwa tygodnie. Oba rodzaje alg kupuję na stronie Zrób Sobie Krem.

Jeśli chodzi o drogeryjne kosmetyki to ostatnio, poza stałą pozycją Dermedic Hydrain 3 Hialuro, o której jeszcze szerzej na blogu napiszę w osobnym poście, jest maseczka z olejem ryżowym i kompleksem algowym osławionej marki Bingo SPA (widziałyście ich szowinistyczną, kontrowersyjną reklamę?). Działania samej marki na polu marketingowym nie podobają mi się, ale ich produktowi zarzucić wiele nie potrafię. Galaretowato – kremowa konsystencja przyjemnie koi zaczerwienienia, nawilża i ujędrnia skórę. Nie powinno mnie to jednak dziwić, bo za działanie odpowiada naprawdę niezły skład. Do tego jest wydajna, przyjemnie pachnie i nie kosztuje dużo. Jeśli znajdę te kosmetyki stacjonarnie to z pewnością kupię drugie opakowanie.
Kolejną drogeryjną pozycją jest Sebo Végétal Masque Pureté Yves Rocher, czyli oczyszczająca maseczka regulująca wydzielanie sebum, pochłaniająca jego nadmiar, przeznaczona do cery mieszanej lub tłustej. W składzie zawiera glinkę kaolinową, poza tym jest wolna od parabenów, olejów mineralnych, barwników i silikonu. Jej działanie przypomina mi działanie glinki białej lub różowej. Wprawdzie nie oczyszcza silnie, ale na tyle, by cera odzyskała gładkość, promienność i ładny koloryt. Myślę, że mogłaby spodobać się osobom, na których cerę glinki lub algi wpływają zbyt intensywnie (powodują zaczerwienienia). Plusem maseczki jest jej wydajność oraz świeży, odprężający zapach. Ja stosuję ją zawsze, gdy potrzebuję szybkiego wygładzenia i odświeżenia cery, na przykład przed specjalnymi okazjami. Taki ekspresowy zabieg sprawia, że makijaż trzyma się zdecydowanie lepiej.
Ostatnim kosmetykiem, o którym chcę dziś napisać jest ekologiczna maseczka ściągająca z ekstraktem z ogórka, tlenkiem cynku i białą glinką marki AA. Jej działanie mogłabym właściwie określić takimi samymi słowami, jakimi opisałabym maskę YR: delikatnie nawilża, oczyszcza, wygładza, lekko napina skórę i, moim zdaniem, nadaje się nawet dla cer suchych i wrażliwych. Mimo, że posiada znacznie bardziej gęstą konsystencję (niczym pasta) i nieco irytujący, świdrujący w nosie kwiatowy zapach, pod kątem działania na cerę stanowi zamiennik dla Sebo Végétal Masque Pureté.
Próbki każdej z wymienionych dziś maseczek:

A jak u Was wygląda pielęgnacja cery maseczkami? Posiadacie ulubione, które stosujecie od dłuższego czasu czy co jakiś czas próbujecie nowości? Wolicie te saszetkowe czy w zamykanych opakowaniach? 
Podzielcie się maseczkowymi faworytami, chętnie poznam Waszych ulubieńców w tej kategorii :)

O dobrych maseczkach, które warto poznać

wtorek, Lipiec 29th, 2014

Znacie to uczucie, gdy po całym dniu możecie nareszcie zamknąć za sobą drzwi do łazienki i oddać się błogiemu relaksowi? Spędzić te kilka chwil na skoncentrowaniu się wyłącznie na sobie. Można zapalić świecę zapachową, napuścić wody do wanny, starannie zmyć makijaż, wykonać peeling i bez pośpiechu dopieścić zmęczoną i odwodnioną skórę ulubionymi maseczkami. To mój ulubiony scenariusz na wieczór dbania o urodę, o czym zresztą miałam już okazję pisać w tym poście. Ale nie o SPA urodowym chcę dziś ponownie opowiadać. Wejdę w temat bardziej szczegółowo i dotknę jednego z ważniejszych aspektów pielęgnacji twarzy.

Jednym z punktów są wspomniane maseczki, których wielką fanką jestem. Chyba każda z nas wie, że dobrane odpowiednio do potrzeb cery i aplikowane z systematycznością potrafią zdziałać wiele dobrego: oczyścić, gdy borykamy się z zapchanymi porami, wygładzić, kiedy trapi nas problem suchych skórek, zmatowić, gdy za bardzo się błyszczy, nawilżyć i odżywić, kiedy czujemy, że jest nieprzyjemnie napięta, odwodniona, traci jędrność, brakuje jej zdrowego blasku. Maseczki często są kluczem do wydobycia piękna naszej cery.

Zanim jednak przejdę do sedna, czyli podzielenia się z Wami opinią o kilku wartych zainteresowania maseczkach, zanudzę Was trochę wstępem na temat moich maseczkowych doświadczeń w ogóle.

Przygotowując dzisiejszego posta, cofnęłam się na moment do lat nastoletnich i przeanalizowałam, jak zmieniały się moje preferencje maseczkowe. Zaczynałam od saszetkowych peel-offów (na przykład długo stosowałam aloesową z Rossmanna), czyli masek, które po nałożeniu na skórę zastygały, tworząc gładką, żelową powierzchnię, dającą się (o ile nałożyłam odpowiednią ilość kosmetyku, czytaj: grubą warstwę) ściągnąć jednym ruchem dłoni. Wtedy taka forma dbania o cerę, poza standadowym kremem (koniecznie matującym), peelingiem czy tonikiem, wydawała mi się odpowiednia, bo a.) twarz była po zabiegu wygładzona, a pory w strefie T ściągnięte, b.) producent zalecał maseczki peel – off dla posiadaczek cery mieszanej lub tłustej, czyli właśnie takiej jak moja. Nie zdawałam sobie sprawy, że nie do końca to dobry wybór, o czym przekonały mnie między innymi dermatolog i kosmetyczka, mówiąc, że tego typu maski zazwyczaj zawierają wysoko w składzie drażniący i wysuszający alkohol, na dłuższą metę mojemu typowi cery nie służący. I miały rację, bo faktycznie po użyciu maski nie odczuwałam nawilżenia, a jedynie porządne zmatowienie i ściągnięcie skóry, które ratowałam nakładaniem kolejnych kosmetyków. 

Kolejne wybory były mądrzejsze, bo zaczęłam stawiać na czyste glinki i algi. Silnie zainteresowałam się własnoręcznym kręceniem kosmetyków, co poskutkowało połową lodówki w półproduktach ;) Byłam wówczas zafascynowana mazidłami i muszę przyznać, że część tej ogromnej sympatii do dziś mi pozostała. Proporcja jednak między produktami samorobionymi a drogeryjnymi wygląda obecnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu, bo zdecydowanie na korzyść tych drugich. Wśród kosmetyków tworzonych z półproduktów pozostały tylko te, które służą mi najlepiej i których wykonanie nie pochłania masy czasu: serum hialuronowe, tonik i peeling z kwasem migdałowym, nawilżająca mgiełka do włosów oraz wspomniane maseczki z glinki i alg, na przykład spirulina.

Jakie maseczki stoją teraz na mojej półce w łazience? Jeśli chodzi o opakowanie to preferuję przede wszystkim takie, które są zamknięte są tubkach lub słoiczkach. Nie przepadam za saszetkami i chyba nigdy tak naprawdę takiej formy opakowania nie lubiłam. Nawet glinki i algi przesypuję do szczelnie zakręcanych pudełeczek. Wykorzystuję stare słoiczki po kremach czy podkładach (na przykład buteleczki po podkładzie Colorstay Revlon). Dzięki temu dłużej zachowują świeżość i są wygodniejsze w momencie użycia. Naturalne maseczki w szklane opakowaniach warto przechowywać w suchym i zacienionym miejscu.
Na blogu szeroko pisałam o ulubionych glinkach, ale nie miałam jeszcze okazji wspomnieć o innych, niż o spirulinie, algach. Mianowicie o ascophyllum nodosum (algi brunatne) i laminaria digitata (algi mikronizowane), które w mojej pielęgnacji z powodzeniem funkcjonują od prawie dwóch lat.
Co dobrego dla skóry zawierają algi? 

Jak działają na moją cerę? Nawilżają, wygładzają, poprawiają jej koloryt, wspomagają leczenie zmian trądzikowych, zwężają pory i matowią strefę T.
Zarówno ascophyllum nodosum (algi brunatne) jak i laminaria digitata (algi mikronizowane) posiadają zapach typowy dla alg. Nie jest bardzo intensywny (na pewno nie tak jak spirulina), ale też do wyjatkowo subtelnych nie należy. Mnie kojarzy się z sushi, a dokładnie z zapachem nori. Proszek po wymieszaniu tworzy niejednorodną zawiesinę. Algi mikronizowane po połączeniu z płynem (wodą, jogurtem, hydrolatem czy olejem) przypominają zielony, ciągnący się żel. W przypadku alg brunatnych nie zaobserwowałam tego (maseczka wyglądem przypomina po prostu brazową kupę ;) ). Maseczkę nakładam na oczyszczoną z makijażu skórę na 15 minut (w trakcie noszenia maski odczuwam na zmianę chłód i ciepło, co jest podobno normalną reakcją). Po tym czasie zmywam ją letnią wodą, po czym stosuję tonik, a następnie krem lub olej. Czasem po usunięciu papki na twarzy pojawia się lekkie zaczerwienienie, które po kilku minutach mija. Działanie alg na moją cerę jest silne i długotrwałe, dlatego stosuję ten rodzaj maseczek raz na tydzień, czasem nawet na dwa tygodnie. Oba rodzaje alg kupuję na stronie Zrób Sobie Krem.

Jeśli chodzi o drogeryjne kosmetyki to ostatnio, poza stałą pozycją Dermedic Hydrain 3 Hialuro, o której jeszcze szerzej na blogu napiszę w osobnym poście, jest maseczka z olejem ryżowym i kompleksem algowym osławionej marki Bingo SPA (widziałyście ich szowinistyczną, kontrowersyjną reklamę?). Działania samej marki na polu marketingowym nie podobają mi się, ale ich produktowi zarzucić wiele nie potrafię. Galaretowato – kremowa konsystencja przyjemnie koi zaczerwienienia, nawilża i ujędrnia skórę. Nie powinno mnie to jednak dziwić, bo za działanie odpowiada naprawdę niezły skład. Do tego jest wydajna, przyjemnie pachnie i nie kosztuje dużo. Jeśli znajdę te kosmetyki stacjonarnie to z pewnością kupię drugie opakowanie.
Kolejną drogeryjną pozycją jest Sebo Végétal Masque Pureté Yves Rocher, czyli oczyszczająca maseczka regulująca wydzielanie sebum, pochłaniająca jego nadmiar, przeznaczona do cery mieszanej lub tłustej. W składzie zawiera glinkę kaolinową, poza tym jest wolna od parabenów, olejów mineralnych, barwników i silikonu. Jej działanie przypomina mi działanie glinki białej lub różowej. Wprawdzie nie oczyszcza silnie, ale na tyle, by cera odzyskała gładkość, promienność i ładny koloryt. Myślę, że mogłaby spodobać się osobom, na których cerę glinki lub algi wpływają zbyt intensywnie (powodują zaczerwienienia). Plusem maseczki jest jej wydajność oraz świeży, odprężający zapach. Ja stosuję ją zawsze, gdy potrzebuję szybkiego wygładzenia i odświeżenia cery, na przykład przed specjalnymi okazjami. Taki ekspresowy zabieg sprawia, że makijaż trzyma się zdecydowanie lepiej.
Ostatnim kosmetykiem, o którym chcę dziś napisać jest ekologiczna maseczka ściągająca z ekstraktem z ogórka, tlenkiem cynku i białą glinką marki AA. Jej działanie mogłabym właściwie określić takimi samymi słowami, jakimi opisałabym maskę YR: delikatnie nawilża, oczyszcza, wygładza, lekko napina skórę i, moim zdaniem, nadaje się nawet dla cer suchych i wrażliwych. Mimo, że posiada znacznie bardziej gęstą konsystencję (niczym pasta) i nieco irytujący, świdrujący w nosie kwiatowy zapach, pod kątem działania na cerę stanowi zamiennik dla Sebo Végétal Masque Pureté.
Próbki każdej z wymienionych dziś maseczek:

A jak u Was wygląda pielęgnacja cery maseczkami? Posiadacie ulubione, które stosujecie od dłuższego czasu czy co jakiś czas próbujecie nowości? Wolicie te saszetkowe czy w zamykanych opakowaniach? 
Podzielcie się maseczkowymi faworytami, chętnie poznam Waszych ulubieńców w tej kategorii :)

O nich się mówi! 7 najliczniej komentowanych produktów PAT&RUB

wtorek, Lipiec 29th, 2014

ekoAmpułka 1ekoAmpułka 1 - serum nawilżająco-wygładzające. Każdy, kto choć raz użył, ten zna to miłe uczucie ściągnięcia, rozświetlenia, wygładzenia. Ten produkt wyzwala pozytywną energię, którą pragniecie się dzielić! To sprawdzone – ponad 300 komentarzy od użytkowników! Oto niektóre z nich:

Barbara, 25.07.2014 r.: Wspaniały produkt! Nie spodziewałam się, że może w tak cudowny sposób ukoić moja skórę. Używam codziennie wieczorem pod krem oraz 1x w tyg jako maseczke i efekty sa swietne! Mam bardzo problematyczna i wybredną cerę, na pewno kupię ponownie :)

Paulina, 5.02.2014 r.: Długo zastanawiałam się i w końcu kupiłam. Serum ma ładny, delikatny różany zapach, szybko wchłania się w skórę napinając ją. Skóra jest miękka i przyjemna w dotyku. Wspaniałe uczucie. Efekt delikatnego napięcia(wygładzenia) skóry utrzymuje się cały dzień a wystarczy naprawdę kilka kropelek. Pokochałam ten produkt i na pewno kupię kolejne opakowanie :)

Kuba, 11.01.2014 r.: To serum jest genialne! :) Zacząłem go używać pod krem codziennie na noc i po kilku dniach skóra stała się gładsza i mniej czerwona i różne zaczerwienienia i blizenki po trądziku się rozjaśniły :) Ślicznie się rozprowadza po twarzy, genialny :*

Monika, 22.11.2013 r.: Jestem zachwycona od pierwszej zastosowanej kropelki.

Magdalena, 4.04.2013 r.: Stosuję ampułkę od jakiegoś tygodnia i już widzę pozytywne zmiany, skóra przestaje się łuszczyć i jest nawilżona. Dodatkowo jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym, że ampułka łagodzi moje dolegliwości związane z atopowym zapaleniem skóry. Podrażnione i zaczerwienione miejsca „przygasają” i nie swędzą tak uciążliwie. Serdecznie polecam !!!

 


Rewitalizujący scrub/peeling cukrowyRewitalizujący scrub/peeling cukrowy - znacie to – najpierw w łazience eksploduje orzeźwiający, lekko słodki zapach cytryny. Potem cukrowe drobinki miło masują Wasze ciało. Ale najlepsze jest na koniec – naturalne oleje i masła w natarciu – to uczucie na skórze – bezcenne! I znów ponad 300 komentarzy ;-) Na przykład…

Ewelina, 10.07.2014 r.: Jest absolutnie cudowny! Uwielbiam go, to nie moje pierwsze, ani ostatnie opakowanie. To moja ulubiona seria, uwielbiam ten zapach! Najlepszy scrub jaki miałam!

Wioletta, 19.01.2014 r.: Pyszny;) wygładza skórę, oczyszcza, nawilża, relaksuje:) polecam każdej kobiecie, która ma problemy z wysuszoną skórą.

Izabela, 12.09.2012 r.: Rewelacyjny zapach no a skóra po peelingu….NIE DO OPISANIA CUDOWNA!!!!!

Agnieszka, 20.07.2014 r.: Goraco polecam! Pierwsze wrazenie,musze przyznac,to zaskoczenie nieco zwarta konsystencja,utrudniajaca nieco rozprowadzenie peelingu-ale efekt…tlumaczy wszystko! Ilosc olejkow nawilzajacych skore w tym preparacie rekompensuje wszystko! Po uzyciu skora jest tak natluszczona,ze uzywanie balsamu wydaje sie zbedne! Uwielbiam peelingi cukrowe-w moim rankingu,to nr 1 .:-) Na dzien dzisiejszy,naturalnie;-))) 

Daria, 24.06.2012 r.: KOCHAM!!!!

 

Krem pod oczyKrem pod oczy  - oczy są zwierciadłem duszy… A zwierciadło nie powinno być okalane siatką zmarszczek, ani nie powinny kłaść się na nim żadne cienie. Na szczęście chyba mamy remedium ;-)

Marek, 12.06.2014 r.: wspaniały i bardzo wydajny :)

Katarzyna, 22.05.2014 r.: Kupiłam własnie drugie opakowanie. Poprzednie miałam ponad pól roku – bardzo wydajny. Krem spowodował, że ani razy nie obudziłam się z opuchniętymi powiekami! Trzymam go w lodówce. 4 GWIAZDKI ZA TO ŻE NIE WIDAĆ KIEDY SIĘ KOŃCZY! POPRACUJCIE NA TYM :-)

Joanna: 2.02.2013 r.: Bardzo, bardzo, ale to bardzo wydajny. Lekka konsystencja, fajnie się wchłania- jak dla mnie super! Na pewno kupię ponownie.

Alicja, 28.12.2012 r.: Naprawdę bardzo dobry krem, szybko likwiduje cienie pod oczami, świetnie nawilża i co dla mnie ważne nie uczula.

Monika, 23.08.2011 r.: Bardzo przyjemny dla delikatnej skóry pod oczami. Ujędrnia, uelastycznia. Cienie pod oczami i na powiece są tylko ledwo widoczne (a to już dużo). Nie podrażnia mi spojówek. Przyjemnie pachnie :-) Dla mnie bardzo dobry krem na obecną chwilę, tym bardziej że z naturalnych składników. Długo czekałam na taki polski krem. Kupiłam pierwszy raz… Warto nawet za tę nie małą cenę, bo jest wydajny (można dozować po kropelce) i ma aż 30 ml. Dziękuje Pat&Rub!

 

Rewitalizujący balsam do rąkRewitalizujący balsam do rąk – linia rewitalizująca ma się dobrze ;-) Pokochaliście połączenie cytryny i żurawiny. A za co tak lubicie ten właśnie balsam? Między innymi za to, że jest…

Kasia, 25.04.2014 r.: Cudny jak zawsze, służy moim dłoniom od 3 lat :D

Katarzyna, 21.04.2014 r.: Super produkt do rąk. Ratuje moje ręce po pracach domowych.

Beata, 7.03.2014 r.: Uzależnia swoim cytrynowym zapachem.

Anna, 19.09.2013 r.: Dostałam próbkę od koleżanki, efekt był natychmiastowy – moje wiecznie przesuszone skórki po dwóch wieczornych zastosowaniach dały cudowny efekt. Oczywiście zakupiłam go w trybie natychmiastowym i kończę pierwsze opakowanie kolejne kupię na pewno.

hania0409, 10.11.2010 r.: Uwielbiam ten balsam do rąk! Bardzo ładny zapach, super się wchłania, co więcej mój mąż go używa i jest wręcz uzależniony.

 

Balsam wyszczuplająco-ujędrniajacyBalsam wyszczuplający i zwalczający cellulit – to uczucie dobrze nawilżonej, lekko napiętej skóry, okraszone aromatem kardamonu. Lekkość, świeżość w sam raz na letni czas. A przy tym walka z celullitem! O tym mówicie:

Dominika, 27.04.2014 r.: To działa!Naprawdę. Skóra wygładzona , uelastyczniona i jeśli przy okazji trochę ćwiczymy i w miarę zdrowo jemy, to cellulit znika. Polecam używać wraz z peelingiem z tej serii, stosuję obydwa produkty codziennie.

Aleksandra, 8.10.2013 r.: aplikuje go z dużą przyjemnością ładnie pachnie dobrze sie wchłania skóra jest jakby bardziej napięta

Karolina, 25.07.2013 r.: Balsam nadal testuję pod względem działania antycellulitowego (początkowo używałam go solo, teraz dołączyłam picie większej ilości wody i trzy, cztery razy w tygodniu ćwiczę 40 minut), z pewnością mogę stwierdzić, że używany w duecie z peelingiem z tej serii ujędrnia skórę i nieco ją wygładza (nierówności są mniej widoczne). Balsam posiada rewelacyjne właściwości pielęgnacyjne, skóra jest miękka i aksamitna w dotyku. Opakowanie z widoczną i chronioną zawartością również zasługuje na uznanie.

lidia, 17.04.2013 r.: Obłędny zapach! DZIAŁA! skóra jest fantastycznie ujędrniona, nawilżona.Cellulit zdecydowanie mniej widoczny z każdym dniem-oczywiście w połączeniu z dietą i ćwiczeniami.Jak każdy produkt Pat&Rub niesamowicie uzależnia:-)

Renata, 1.08.2012 r.: Ten balsam naprawde dziala cuda, gdyz skora jest juz napieta i jedrna po pierwszym uzyciu, przyjemna w dotyku, szybko sie wchlania, dobrze sie go rozprowadza , jest wydajny. Pierwszy raz uwierzylam w dzialanie tego typu balsamow. EKSTRA

 

145-Szampon-i-Plyn-do-Kapieli-dla-Niemowlakow-i-Dzieci-250-mlSzampon i płyn do kapieli dla niemowlaków i dzieci - przyjemny, lekko słodki zapach, uniwersalne zastosowanie od stóp do czubka głowy. I to dla całej rodziny – dla osób w każdym wieku. Jego delikatność pozwala na stosowanie od pierwszych miesięcy życia oraz przy wyjątkowo wrażliwej skórze starszych domowników. Sprawdziliście to!

Magdalena, 17.07.2014 r.: Bardzo przyjemny płyn i szampon w jednym. Wydajny. Dobrze się pieni. Nie podrażnia. Miły delikatny zapach. Używam razem z córką. Następnym razem kupie większe opakowanie. Z przetestowany produktów dla dzieci różnych firm (eko) ten podoba mi się najbardziej.

Agnieszka, 6.05.2014 r.: Używają wszyscy od małego do dużego, absolutny hit

Kuba, 17.03.2014 r.: Delikatnie myje, ładnie się pieni, ładnie i delikatnie pachnie, jest super jak dla mnie :)

Justyna, 3.09.2012 r.: Kupiłam ten produkt dla moich dzieciaczków. Bardzo wazne jest dla mnie ze nie maja parabenow, sztucznych skladnikow i sa w 100% naturalne. Ładnie się pieni, bardzo ładnie pachnie, mimi ze moja coreczka ma wrazliwa skóre, sklonnosci do alergi i wysuszen ten produkt jej bardzo służy. Polecam go wszystkim troskliwym mamom.

Marta, 12.01.2012 r.: Super produkt,przy takich problemach skórnych jakie mają moje dzieci sprawdza się na medal.Polecam!!!

 

Płyn micelarnyPłyn micelarny – woda różana, lawendowa, rozmarynowa. Polubiliście w 100% naturalny sposób na oczyszczenie cery. Pod płynem micelarnym znajdziecie ponad 200 komentarzy w tym temacie, a wśród nich:

Beata, 4.03.2014 r.: Bardzo dobry zwłaszcza dla tych,którzy nie mogą myć twarzy wodą z kranu,wydajny,tonuje skórę,odświeża dobrze oczyszcza,odpowiada mi też zapach płynu

Agnieszka, 5.10.2013 r.: Kupiłam do maseczki. Razem z ekoAmpułkami świetnie działają. Dla mnie lepiej niż tonik. Polecam

Małgorzata, 25.09.2013 r.: Świetny produkt. Rano zamiast mleczka przemywam nim twarz. Właściwie nie używam wody, poprawiła się kondycja mojej skóry. Polecam!!!

Anna, 12.02.2013 r.: Uwielbiam go! Woda, napój dla mojej wrażliwej skóry. Ukojenie, pielęgnacja i oczyszczanie w jednym.

Estera, 18.07.2012 r.: Zmywa bez problemu cienie do powiek dłużej trzeba przytrzymać płatki z płynem aby zmyć tusz do rzęs. Bardzo ładny, delikatny zapach :)

 

Zapraszamy do zapoznania się z opiniami na temat innych kosmetyków PAT&RUB. Najnowsze komentarze są dostępne zbiorczo na naszej stronie http://www.patandrub.pl oraz na stronie z opisem każdego produktu.

Oczywiście zachęcamy też do zadawania pytań naszemu Ekspertowi (możecie to zrobić klikając TUTAJ).

Czekamy z niecierpliwością na Wasze przemyślenia! ;-)

Pół na pół, czyli ulubieńcy trzech miesięcy

niedziela, Lipiec 27th, 2014

Przez chwilę sądziłam, że w ulubieńcach ostatnich trzech miesięcy znów zaserwuję Wam standardowy zestaw ulubieńców: ten sam podkład, krem pod oczy, cień do powiek, lakier do paznokci. Tylko po co wtedy tworzyć taki wpis – kopię? Łatwo o zbędną powtarzalność, gdy mimo próbowania wielu nowości, wciąż satysfakcjonują stare, dobrze znane kosmetyki. Na szczęście okazało się, że będzie pół na pół – trochę tego, co znane i odrobinę świeżej krwi :)

Tym razem w zestawieniu pełny przekrój kolorówki i pielęgnacji: makijaż, paznokcie, ciało, cera i włosy.

Zacznę od kosmetyków kolorowych.
W ostatnich tygodniach preferuję makijaż minimalistyczny. Wpływ mają na to nie tylko upalne temperatury, lecz także moje lenistwo. Po prostu nie mam ochoty na wymyślne, kolorowe mejkapy. Bazą każdego jest niezmiennie podkład mineralny (lub od czasu do czasu płynny fluid Lavera). Chyba do znudzenia będę wymieniać w zestawieniach proszek Annabelle Minerals w formule matującej. O tym, dlaczego tak go lubię i zachwalam, przeczytacie w osobnej recenzji. Na okres wiosenno – letni przygotowałam się, kupując dwie wersje kolorystyczne: Fairest, której używam przez większą część roku oraz Light – odcień zdecydowanie ciemniejszy, solo mogący służyć za jasny bronzer (swoją drogą tak właśnie go zużyję, gdy zejdzie lekka opalenizna :) ). Proszki mieszam ze sobą i dzięki temu uzyskuję kolor, wpasowujący się idealnie w pokrytą piegami i muśniętą słońcem cerę (Fair, będący pomiędzy wspomnianymi odcieniami, okazał nieco za jasny).

W temacie oczu nowych doświadczeń dostarczył mi wielokrotnie przez Was wymieniany i polecany pogrubiający tusz do rzęs Sexy Pulp od Yves Rocher. Byłam o krok od kupienia go, ale zostałam uprzedzona przez kuriera, który dostarczył mi paczuszkę z kilkoma drobiazgami od marki w ramach współpracy. Jak mile mnie zaskoczył już od pierwszego malowania. Muszę przyznać, że zdarza się to niezwykle rzadko, ponieważ większość maskar jest początkowo rzadka i wymaga kilku dni, żeby zgęstnieć. Po wypróbowaniu Sexy Pulp zrozumiałam, skąd te zachwyty. Tusz jest kruczoczarny, trwały, świetnie podkręca i wydłuża. Pogrubienie jest na poziomie zadowalającym przy dwóch porządnych warstwach, jedna natomiast daje, w mojej ocenie, dość naturalny wygląd (ale pamiętajcie, że ja lubię mocne, wyraziste rzęsy :) ). Do tego dochodzi wygodna w użyciu szczoteczka o miękkich, elastycznych włoskach, która nakłada kosmetyk w odpowiedniej ilości i pozwala na precyzyjne wyczesanie. Teraz i ja będę go gorąco polecać :)
Wracając jeszcze na chwilę do kolorówki twarzowej, wspomnę tylko kilkoma zdaniami o różu do policzków, którego nieprzeciętny urok i mnie się trochę udziela, gdy musnę nim skórę podczas porannego makijażu :) Goddess od Lily Lolo to delikatnie połyskujący złotym pyłkiem, lekko brzoskwiniowy (ale bez grama ceglastych tonów), ciepły, zgaszony róż. Jestem pewna, że żadna bogini nie powstydziłaby się lica o takim kolorze i blasku. Razem z Oh La La i Sunset stanowi trio rumianych ulubieńców od LL.
W kategorii cieni do powiek niezwyciężony pozostaje kremowy cień Maybelline 35 On and On Bronze Color Tattoo. Jest nie tylko piękny, ale też niezwykle trwały. Dobitnie przekonałam się o tym ostatnio, gdy zanurkowałam w morskiej wodzie w pełnym makijaż oczu ;) Niedawno kupiłam kolejne opakowanie, a on jeszcze nie doczekał się jeszcze osobnego wpisu. Obiecuję poprawę :)
Kolorowe zestawienie kończy Watermelon Essie, czyli soczysta, niebanalna czerwień o mocnym połysku i dobrej trwałości, której uroda może przekonać niejedną antyfankę tego koloru. Arbuza możecie podziwiać w tym poście.
O ile w makijażu większość ulubieńców to sprawdzone kosmetyki, o tyle w pielęgnacji prym wiodły będą te stosunkowo nowe, o których wcześniej raczej nie miałam okazji pisać.

Na pierwszy ogień ujędrniający olejek Mythos. Leżał długo w szufladzie, aż nadeszła wiosna i trzeba było pomyśleć nad ujędrnieniem kilku problematycznych pod względem cellulitu partii ciała, by bez skrępowania pokazać się na plaży. Oczywiście nie wierzę, że kosmetyk w pojedynkę, bez wsparcia zdrowej diety i ruchu, co aktywnie uskuteczniam, problem zniweluje, ale istnieje duża szansa, że skórę napnie, a sylwetkę wizualnie wysmukli. I tak też dzieje się w przypadku rzeczonego produktu. W składzie same dobroci: oliwa, olejek dzikiego cyprysu, olejek czarnego pieprzu, olejek rozmarynu, olejek bergamoty, bez zbędnych zapychaczy w postaci np. olejów mineralnych, parabenów, silikonów, GMO, EDTA, glikolu propylenowego i syntetycznych barwinków. Do tego na plus przyjemny, pieprzno – ziołowy zapach, wygodne opakowanie z niezacinającą się pompką i lekka, szybko wchłaniająca się konsystencja. W duecie z masażerem to prawdziwe SPA dla skóry pragnącej nawilżenia i ujędrnienia. Planuję zakupić drugą butelkę, aby utrzymać efekty, jakie pozostawił.

Z kosmetykami Sylveco zaprzyjaźniłam się na dobre. 99% kupionych produktów sprawdziło się bez zarzutu i, bez przesady, mogłabym większą część pielęgnacji i higieny wymienić właśnie na tę markę (co właściwie powoli się dokonuje). Kolejnym hitem, tuż za kremami z serii lekkiej, jest balsam kojący do ciała. Zachwyca nie tylko skutecznym działaniem, ale także pięknym, lecz subtelnym zapachem mięty pieprzowej i, mimo bogatego w olejki składu, który mógłby wskazywać na ciężkie, tłuste mazidło, kremową, szybko wchłaniającą się formułą. Balsam pozostawia skórę na długo nawilżoną i ukojoną. Podlecza niewielkie zadrapania, niweluje zaczerwienienia i przesuszenia. Wśród zalet warto wymienić także wygodne opakowanie z pompką. Właściwości kosmetyku sprawiają, że, bez wątpienia, jest to produkt wart swojej ceny.

W duecie z balsamem kojącym w zestawieniu znalazł się balsam myjący do włosów. Lubię tego typu wynalazki (sama nazwa brzmi obiecująco :) ), dlatego byłam niezwykle ciekawa jego działania – miał delikatnie myć, nawilżać i w ogóle włosy oraz skórę głowy pielęgnować. Jak się pewnie domyślacie, znalazł w moich oczach uznanie. W końcu z jakiegoś powodu w ulubieńcach wylądował :) Co tu dużo pisać – balsam faktycznie należy do kosmetyków przeznaczonych dla osób, których zwykłe szampony, często z SLS zaraz po wodzie, nie zadowalają Nie jest przeciętnym produktem, po spłukaniu którego musimy naładować na głowę sporą porcję odżywki, by włosy nabrały blasku, miękkości i dały się jakoś rozczesać. Balsam Sylveco w odróżnieniu od drogeryjnych myjadeł pozostawia je nawilżone, wygładzone i sypkie a skórę głowy wyraźnie ukojoną. Dał radę nawet moim włosom, które po rezygnacji z henny, a następnie kilku farbowaniach blondami są, delikatnie mówiąc, przesuszone na końcach. Posiada żelowo – kremową konsystencję, która wprawdzie po nałożeniu nie onieśmiela obfitą pianą, lecz otula włosy gęstą, jedwabistą emulsją. Kosmetyk zdecydowanie wart zainteresowania, jeśli szukacie delikatnego produktu do mycia.

Czwarty w zestawieniu jest stały ulubieniec, Acne-derm, trzymający w ryzach moją problematyczną cerę. To jak likwiduje przebarwienia, niedoskonałości, skutecznie zwęża pory i wygładza nierówności jest godne niejednej pochwały. Zatem chwalę i kolejny raz wyróżniam w ulubieńcowym wpisie. P.S. a tu poczytacie i pooglądacie efekty działania.

Jeśli mowa o kosmetykach z kwasami to nie mogę nie wspomnieć o kremie z filtrem. Po wielu pozytywnych opiniach znalezionych w internecie skusiłam się na matującą emulsję Vichy SPF 50 Capital Soleil. Na chwilę obecną to ulubiony kosmetyk w tej kategorii. Co w nim lubię? Nie bieli, jest trwały, posiada nietłustą konsystencję, stanowi dobrą bazę dla minerałów Annabelle Minerals (specjalnie wymieniam właśnie tę markę, ponieważ nie każdy minerał jest na nim tak samo trwały, np. proszki Lily Lolo nie trzymały się już tak dobrze), nie zapycha i na mniej więcej 4-5 godzin matowi. Pomimo wielu zalet, nie jest niestety bez wad. O czym mówię? Na przykład o tym, że wymaga szybkiej aplikacji, bo po roztarciu zastyga, tworząc wspomnianą przez producenta „bibułę matującą”. No ale przecież nic nie jest idealne, prawda? :) Ta niewielka niewygoda nie wpływa jednak na moją ogólną ocenę kremu Vichy.

I standardowe pytanie do Was: znacie, lubicie, nie lubicie? :)

Jestem ciekawa Waszych opinii, wrażeń, doświadczeń z wymienionymi produktami. Co w ostatnim czasie absolutnie Was zachwyciło w kolorówce? Co pomogło w kwestiach pielęgnacyjnych? Piszcie! :)

Pół na pół, czyli ulubieńcy trzech miesięcy

niedziela, Lipiec 27th, 2014

Przez chwilę sądziłam, że w ulubieńcach ostatnich trzech miesięcy znów zaserwuję Wam standardowy zestaw ulubieńców: ten sam podkład, krem pod oczy, cień do powiek, lakier do paznokci. Tylko po co wtedy tworzyć taki wpis – kopię? Łatwo o zbędną powtarzalność, gdy mimo próbowania wielu nowości, wciąż satysfakcjonują stare, dobrze znane kosmetyki. Na szczęście okazało się, że będzie pół na pół – trochę tego, co znane i odrobinę świeżej krwi :)

Tym razem w zestawieniu pełny przekrój kolorówki i pielęgnacji: makijaż, paznokcie, ciało, cera i włosy.

Zacznę od kosmetyków kolorowych.
W ostatnich tygodniach preferuję makijaż minimalistyczny. Wpływ mają na to nie tylko upalne temperatury, lecz także moje lenistwo. Po prostu nie mam ochoty na wymyślne, kolorowe mejkapy. Bazą każdego jest niezmiennie podkład mineralny (lub od czasu do czasu płynny fluid Lavera). Chyba do znudzenia będę wymieniać w zestawieniach proszek Annabelle Minerals w formule matującej. O tym, dlaczego tak go lubię i zachwalam, przeczytacie w osobnej recenzji. Na okres wiosenno – letni przygotowałam się, kupując dwie wersje kolorystyczne: Fairest, której używam przez większą część roku oraz Light – odcień zdecydowanie ciemniejszy, solo mogący służyć za jasny bronzer (swoją drogą tak właśnie go zużyję, gdy zejdzie lekka opalenizna :) ). Proszki mieszam ze sobą i dzięki temu uzyskuję kolor, wpasowujący się idealnie w pokrytą piegami i muśniętą słońcem cerę (Fair, będący pomiędzy wspomnianymi odcieniami, okazał nieco za jasny).

W temacie oczu nowych doświadczeń dostarczył mi wielokrotnie przez Was wymieniany i polecany pogrubiający tusz do rzęs Sexy Pulp od Yves Rocher. Byłam o krok od kupienia go, ale zostałam uprzedzona przez kuriera, który dostarczył mi paczuszkę z kilkoma drobiazgami od marki w ramach współpracy. Jak mile mnie zaskoczył już od pierwszego malowania. Muszę przyznać, że zdarza się to niezwykle rzadko, ponieważ większość maskar jest początkowo rzadka i wymaga kilku dni, żeby zgęstnieć. Po wypróbowaniu Sexy Pulp zrozumiałam, skąd te zachwyty. Tusz jest kruczoczarny, trwały, świetnie podkręca i wydłuża. Pogrubienie jest na poziomie zadowalającym przy dwóch porządnych warstwach, jedna natomiast daje, w mojej ocenie, dość naturalny wygląd (ale pamiętajcie, że ja lubię mocne, wyraziste rzęsy :) ). Do tego dochodzi wygodna w użyciu szczoteczka o miękkich, elastycznych włoskach, która nakłada kosmetyk w odpowiedniej ilości i pozwala na precyzyjne wyczesanie. Teraz i ja będę go gorąco polecać :)
Wracając jeszcze na chwilę do kolorówki twarzowej, wspomnę tylko kilkoma zdaniami o różu do policzków, którego nieprzeciętny urok i mnie się trochę udziela, gdy musnę nim skórę podczas porannego makijażu :) Goddess od Lily Lolo to delikatnie połyskujący złotym pyłkiem, lekko brzoskwiniowy (ale bez grama ceglastych tonów), ciepły, zgaszony róż. Jestem pewna, że żadna bogini nie powstydziłaby się lica o takim kolorze i blasku. Razem z Oh La La i Sunset stanowi trio rumianych ulubieńców od LL.
W kategorii cieni do powiek niezwyciężony pozostaje kremowy cień Maybelline 35 On and On Bronze Color Tattoo. Jest nie tylko piękny, ale też niezwykle trwały. Dobitnie przekonałam się o tym ostatnio, gdy zanurkowałam w morskiej wodzie w pełnym makijaż oczu ;) Niedawno kupiłam kolejne opakowanie, a on jeszcze nie doczekał się jeszcze osobnego wpisu. Obiecuję poprawę :)
Kolorowe zestawienie kończy Watermelon Essie, czyli soczysta, niebanalna czerwień o mocnym połysku i dobrej trwałości, której uroda może przekonać niejedną antyfankę tego koloru. Arbuza możecie podziwiać w tym poście.
O ile w makijażu większość ulubieńców to sprawdzone kosmetyki, o tyle w pielęgnacji prym wiodły będą te stosunkowo nowe, o których wcześniej raczej nie miałam okazji pisać.

Na pierwszy ogień ujędrniający olejek Mythos. Leżał długo w szufladzie, aż nadeszła wiosna i trzeba było pomyśleć nad ujędrnieniem kilku problematycznych pod względem cellulitu partii ciała, by bez skrępowania pokazać się na plaży. Oczywiście nie wierzę, że kosmetyk w pojedynkę, bez wsparcia zdrowej diety i ruchu, co aktywnie uskuteczniam, problem zniweluje, ale istnieje duża szansa, że skórę napnie, a sylwetkę wizualnie wysmukli. I tak też dzieje się w przypadku rzeczonego produktu. W składzie same dobroci: oliwa, olejek dzikiego cyprysu, olejek czarnego pieprzu, olejek rozmarynu, olejek bergamoty, bez zbędnych zapychaczy w postaci np. olejów mineralnych, parabenów, silikonów, GMO, EDTA, glikolu propylenowego i syntetycznych barwinków. Do tego na plus przyjemny, pieprzno – ziołowy zapach, wygodne opakowanie z niezacinającą się pompką i lekka, szybko wchłaniająca się konsystencja. W duecie z masażerem to prawdziwe SPA dla skóry pragnącej nawilżenia i ujędrnienia. Planuję zakupić drugą butelkę, aby utrzymać efekty, jakie pozostawił.

Z kosmetykami Sylveco zaprzyjaźniłam się na dobre. 99% kupionych produktów sprawdziło się bez zarzutu i, bez przesady, mogłabym większą część pielęgnacji i higieny wymienić właśnie na tę markę (co właściwie powoli się dokonuje). Kolejnym hitem, tuż za kremami z serii lekkiej, jest balsam kojący do ciała. Zachwyca nie tylko skutecznym działaniem, ale także pięknym, lecz subtelnym zapachem mięty pieprzowej i, mimo bogatego w olejki składu, który mógłby wskazywać na ciężkie, tłuste mazidło, kremową, szybko wchłaniającą się formułą. Balsam pozostawia skórę na długo nawilżoną i ukojoną. Podlecza niewielkie zadrapania, niweluje zaczerwienienia i przesuszenia. Wśród zalet warto wymienić także wygodne opakowanie z pompką. Właściwości kosmetyku sprawiają, że, bez wątpienia, jest to produkt wart swojej ceny.

W duecie z balsamem kojącym w zestawieniu znalazł się balsam myjący do włosów. Lubię tego typu wynalazki (sama nazwa brzmi obiecująco :) ), dlatego byłam niezwykle ciekawa jego działania – miał delikatnie myć, nawilżać i w ogóle włosy oraz skórę głowy pielęgnować. Jak się pewnie domyślacie, znalazł w moich oczach uznanie. W końcu z jakiegoś powodu w ulubieńcach wylądował :) Co tu dużo pisać – balsam faktycznie należy do kosmetyków przeznaczonych dla osób, których zwykłe szampony, często z SLS zaraz po wodzie, nie zadowalają Nie jest przeciętnym produktem, po spłukaniu którego musimy naładować na głowę sporą porcję odżywki, by włosy nabrały blasku, miękkości i dały się jakoś rozczesać. Balsam Sylveco w odróżnieniu od drogeryjnych myjadeł pozostawia je nawilżone, wygładzone i sypkie a skórę głowy wyraźnie ukojoną. Dał radę nawet moim włosom, które po rezygnacji z henny, a następnie kilku farbowaniach blondami są, delikatnie mówiąc, przesuszone na końcach. Posiada żelowo – kremową konsystencję, która wprawdzie po nałożeniu nie onieśmiela obfitą pianą, lecz otula włosy gęstą, jedwabistą emulsją. Kosmetyk zdecydowanie wart zainteresowania, jeśli szukacie delikatnego produktu do mycia.

Czwarty w zestawieniu jest stały ulubieniec, Acne-derm, trzymający w ryzach moją problematyczną cerę. To jak likwiduje przebarwienia, niedoskonałości, skutecznie zwęża pory i wygładza nierówności jest godne niejednej pochwały. Zatem chwalę i kolejny raz wyróżniam w ulubieńcowym wpisie. P.S. a tu poczytacie i pooglądacie efekty działania.

Jeśli mowa o kosmetykach z kwasami to nie mogę nie wspomnieć o kremie z filtrem. Po wielu pozytywnych opiniach znalezionych w internecie skusiłam się na matującą emulsję Vichy SPF 50 Capital Soleil. Na chwilę obecną to ulubiony kosmetyk w tej kategorii. Co w nim lubię? Nie bieli, jest trwały, posiada nietłustą konsystencję, stanowi dobrą bazę dla minerałów Annabelle Minerals (specjalnie wymieniam właśnie tę markę, ponieważ nie każdy minerał jest na nim tak samo trwały, np. proszki Lily Lolo nie trzymały się już tak dobrze), nie zapycha i na mniej więcej 4-5 godzin matowi. Pomimo wielu zalet, nie jest niestety bez wad. O czym mówię? Na przykład o tym, że wymaga szybkiej aplikacji, bo po roztarciu zastyga, tworząc wspomnianą przez producenta „bibułę matującą”. No ale przecież nic nie jest idealne, prawda? :) Ta niewielka niewygoda nie wpływa jednak na moją ogólną ocenę kremu Vichy.

I standardowe pytanie do Was: znacie, lubicie, nie lubicie? :)

Jestem ciekawa Waszych opinii, wrażeń, doświadczeń z wymienionymi produktami. Co w ostatnim czasie absolutnie Was zachwyciło w kolorówce? Co pomogło w kwestiach pielęgnacyjnych? Piszcie! :)

Pół na pół, czyli ulubieńcy trzech miesięcy

sobota, Lipiec 26th, 2014

Przez chwilę sądziłam, że w ulubieńcach ostatnich trzech miesięcy znów zaserwuję Wam standardowy zestaw ulubieńców: ten sam podkład, krem pod oczy, cień do powiek, lakier do paznokci. Tylko po co wtedy tworzyć taki wpis – kopię? Łatwo o zbędną powtarzalność, gdy mimo próbowania wielu nowości, wciąż satysfakcjonują stare, dobrze znane kosmetyki. Na szczęście okazało się, że będzie pół na pół – trochę tego, co znane i odrobinę świeżej krwi :)

Tym razem w zestawieniu pełny przekrój kolorówki i pielęgnacji: makijaż, paznokcie, ciało, cera i włosy.

Zacznę od kosmetyków kolorowych.
W ostatnich tygodniach preferuję makijaż minimalistyczny. Wpływ mają na to nie tylko upalne temperatury, lecz także moje lenistwo. Po prostu nie mam ochoty na wymyślne, kolorowe mejkapy. Bazą każdego jest niezmiennie podkład mineralny (lub od czasu do czasu płynny fluid Lavera). Chyba do znudzenia będę wymieniać w zestawieniach proszek Annabelle Minerals w formule matującej. O tym, dlaczego tak go lubię i zachwalam, przeczytacie w osobnej recenzji. Na okres wiosenno – letni przygotowałam się, kupując dwie wersje kolorystyczne: Fairest, której używam przez większą część roku oraz Light – odcień zdecydowanie ciemniejszy, solo mogący służyć za jasny bronzer (swoją drogą tak właśnie go zużyję, gdy zejdzie lekka opalenizna :) ). Proszki mieszam ze sobą i dzięki temu uzyskuję kolor, wpasowujący się idealnie w pokrytą piegami i muśniętą słońcem cerę (Fair, będący pomiędzy wspomnianymi odcieniami, okazał nieco za jasny).

W temacie oczu nowych doświadczeń dostarczył mi wielokrotnie przez Was wymieniany i polecany pogrubiający tusz do rzęs Sexy Pulp od Yves Rocher. Byłam o krok od kupienia go, ale zostałam uprzedzona przez kuriera, który dostarczył mi paczuszkę z kilkoma drobiazgami od marki w ramach współpracy. Jak mile mnie zaskoczył już od pierwszego malowania. Muszę przyznać, że zdarza się to niezwykle rzadko, ponieważ większość maskar jest początkowo rzadka i wymaga kilku dni, żeby zgęstnieć. Po wypróbowaniu Sexy Pulp zrozumiałam, skąd te zachwyty. Tusz jest kruczoczarny, trwały, świetnie podkręca i wydłuża. Pogrubienie jest na poziomie zadowalającym przy dwóch porządnych warstwach, jedna natomiast daje, w mojej ocenie, dość naturalny wygląd (ale pamiętajcie, że ja lubię mocne, wyraziste rzęsy :) ). Do tego dochodzi wygodna w użyciu szczoteczka o miękkich, elastycznych włoskach, która nakłada kosmetyk w odpowiedniej ilości i pozwala na precyzyjne wyczesanie. Teraz i ja będę go gorąco polecać :)
Wracając jeszcze na chwilę do kolorówki twarzowej, wspomnę tylko kilkoma zdaniami o różu do policzków, którego nieprzeciętny urok i mnie się trochę udziela, gdy musnę nim skórę podczas porannego makijażu :) Goddess od Lily Lolo to delikatnie połyskujący złotym pyłkiem, lekko brzoskwiniowy (ale bez grama ceglastych tonów), ciepły, zgaszony róż. Jestem pewna, że żadna bogini nie powstydziłaby się lica o takim kolorze i blasku. Razem z Oh La La i Sunset stanowi trio rumianych ulubieńców od LL.
W kategorii cieni do powiek niezwyciężony pozostaje kremowy cień Maybelline 35 On and On Bronze Color Tattoo. Jest nie tylko piękny, ale też niezwykle trwały. Dobitnie przekonałam się o tym ostatnio, gdy zanurkowałam w morskiej wodzie w pełnym makijaż oczu ;) Niedawno kupiłam kolejne opakowanie, a on jeszcze nie doczekał się jeszcze osobnego wpisu. Obiecuję poprawę :)
Kolorowe zestawienie kończy Watermelon Essie, czyli soczysta, niebanalna czerwień o mocnym połysku i dobrej trwałości, której uroda może przekonać niejedną antyfankę tego koloru. Arbuza możecie podziwiać w tym poście.
O ile w makijażu większość ulubieńców to sprawdzone kosmetyki, o tyle w pielęgnacji prym wiodły będą te stosunkowo nowe, o których wcześniej raczej nie miałam okazji pisać.

Na pierwszy ogień ujędrniający olejek Mythos. Leżał długo w szufladzie, aż nadeszła wiosna i trzeba było pomyśleć nad ujędrnieniem kilku problematycznych pod względem cellulitu partii ciała, by bez skrępowania pokazać się na plaży. Oczywiście nie wierzę, że kosmetyk w pojedynkę, bez wsparcia zdrowej diety i ruchu, co aktywnie uskuteczniam, problem zniweluje, ale istnieje duża szansa, że skórę napnie, a sylwetkę wizualnie wysmukli. I tak też dzieje się w przypadku rzeczonego produktu. W składzie same dobroci: oliwa, olejek dzikiego cyprysu, olejek czarnego pieprzu, olejek rozmarynu, olejek bergamoty, bez zbędnych zapychaczy w postaci np. olejów mineralnych, parabenów, silikonów, GMO, EDTA, glikolu propylenowego i syntetycznych barwinków. Do tego na plus przyjemny, pieprzno – ziołowy zapach, wygodne opakowanie z niezacinającą się pompką i lekka, szybko wchłaniająca się konsystencja. W duecie z masażerem to prawdziwe SPA dla skóry pragnącej nawilżenia i ujędrnienia. Planuję zakupić drugą butelkę, aby utrzymać efekty, jakie pozostawił.

Z kosmetykami Sylveco zaprzyjaźniłam się na dobre. 99% kupionych produktów sprawdziło się bez zarzutu i, bez przesady, mogłabym większą część pielęgnacji i higieny wymienić właśnie na tę markę (co właściwie powoli się dokonuje). Kolejnym hitem, tuż za kremami z serii lekkiej, jest balsam kojący do ciała. Zachwyca nie tylko skutecznym działaniem, ale także pięknym, lecz subtelnym zapachem mięty pieprzowej i, mimo bogatego w olejki składu, który mógłby wskazywać na ciężkie, tłuste mazidło, kremową, szybko wchłaniającą się formułą. Balsam pozostawia skórę na długo nawilżoną i ukojoną. Podlecza niewielkie zadrapania, niweluje zaczerwienienia i przesuszenia. Wśród zalet warto wymienić także wygodne opakowanie z pompką. Właściwości kosmetyku sprawiają, że, bez wątpienia, jest to produkt wart swojej ceny.

W duecie z balsamem kojącym w zestawieniu znalazł się balsam myjący do włosów. Lubię tego typu wynalazki (sama nazwa brzmi obiecująco :) ), dlatego byłam niezwykle ciekawa jego działania – miał delikatnie myć, nawilżać i w ogóle włosy oraz skórę głowy pielęgnować. Jak się pewnie domyślacie, znalazł w moich oczach uznanie. W końcu z jakiegoś powodu w ulubieńcach wylądował :) Co tu dużo pisać – balsam faktycznie należy do kosmetyków przeznaczonych dla osób, których zwykłe szampony, często z SLS zaraz po wodzie, nie zadowalają Nie jest przeciętnym produktem, po spłukaniu którego musimy naładować na głowę sporą porcję odżywki, by włosy nabrały blasku, miękkości i dały się jakoś rozczesać. Balsam Sylveco w odróżnieniu od drogeryjnych myjadeł pozostawia je nawilżone, wygładzone i sypkie a skórę głowy wyraźnie ukojoną. Dał radę nawet moim włosom, które po rezygnacji z henny, a następnie kilku farbowaniach blondami są, delikatnie mówiąc, przesuszone na końcach. Posiada żelowo – kremową konsystencję, która wprawdzie po nałożeniu nie onieśmiela obfitą pianą, lecz otula włosy gęstą, jedwabistą emulsją. Kosmetyk zdecydowanie wart zainteresowania, jeśli szukacie delikatnego produktu do mycia.

Czwarty w zestawieniu jest stały ulubieniec, Acne-derm, trzymający w ryzach moją problematyczną cerę. To jak likwiduje przebarwienia, niedoskonałości, skutecznie zwęża pory i wygładza nierówności jest godne niejednej pochwały. Zatem chwalę i kolejny raz wyróżniam w ulubieńcowym wpisie. P.S. a tu poczytacie i pooglądacie efekty działania.

Jeśli mowa o kosmetykach z kwasami to nie mogę nie wspomnieć o kremie z filtrem. Po wielu pozytywnych opiniach znalezionych w internecie skusiłam się na matującą emulsję Vichy SPF 50 Capital Soleil. Na chwilę obecną to ulubiony kosmetyk w tej kategorii. Co w nim lubię? Nie bieli, jest trwały, posiada nietłustą konsystencję, stanowi dobrą bazę dla minerałów Annabelle Minerals (specjalnie wymieniam właśnie tę markę, ponieważ nie każdy minerał jest na nim tak samo trwały, np. proszki Lily Lolo nie trzymały się już tak dobrze), nie zapycha i na mniej więcej 4-5 godzin matowi. Pomimo wielu zalet, nie jest niestety bez wad. O czym mówię? Na przykład o tym, że wymaga szybkiej aplikacji, bo po roztarciu zastyga, tworząc wspomnianą przez producenta „bibułę matującą”. No ale przecież nic nie jest idealne, prawda? :) Ta niewielka niewygoda nie wpływa jednak na moją ogólną ocenę kremu Vichy.

I standardowe pytanie do Was: znacie, lubicie, nie lubicie? :)

Jestem ciekawa Waszych opinii, wrażeń, doświadczeń z wymienionymi produktami. Co w ostatnim czasie absolutnie Was zachwyciło w kolorówce? Co pomogło w kwestiach pielęgnacyjnych? Piszcie! :)

Maluszek na plaży

piątek, Lipiec 25th, 2014

Może nie powinniśmy wypuszczać ich spod plażowego parasola. A może dobrze jest pozwolić im beztrosko biegać w rozgrzewających promieniach? Jaki wybrać sposób ochrony?

Na te pytania odpowiada:

Dr  n. med. Olga Glińska Dr  n. med. Olga Glińska specjalista dermatolog i wenerolog II°. Prowadzi klinikę Prodermis. Jest adiunktem Kliniki i Katedry Dermatologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (WUM) i lekarzem medycyny estetycznej. Szczególnym przedmiotem jej zainteresowań są tematy: alergii skóry, trądziku i łuszczycy. Bierze udział w sympozjach w kraju i za granicą, na bieżąco śledząc najnowsze rozwiązaniach w medycynie estetycznej i dermatologii. Prowadzi konsultacje w języku angielskim i niemieckim.

 

Lato, to często temat rozmów o złym i dobrym wpływie słońca. Każdy słyszał o jego szkodliwości, o czerniaku – bardzo złośliwym nowotworze, na który pobudzający wpływ mają promienie UV. Słyszymy o poparzeniach skóry oraz udarach słonecznych. Natomiast bardzo często zapominamy o dobrym wpływie słońca na nasz organizm.

Dzięki promieniowaniu UV, produkowana jest witamina D3, która wpływa pozytywnie nie tylko na układ kostny, ale również, jak donoszą publikacje sprzed kilku lat, na układ odpornościowy, nerwowy, siatkówkę oka i psychikę. Dlatego dzieci potrzebują słońca, aby prawidłowo się rozwijać. Należy je jednak odpowiednio chronić, by intensywne promieniowanie nie pozostawiło złych skutków.

Skóra małych dzieci, w większym stopniu niż skóra dorosłych, narażona jest na działanie promieni UV. Dzieci na plaży zwykle nie siedzą w cieniu. Są w ciągłym ruchu i – o ile jest taka możliwość – stale wchodzą do wody. Czynniki te zwiększają ryzyko poparzenia skóry. Dlatego wyjeżdżając z małym dzieckiem na wakacje, należy chronić je od słońca kapeluszem lub czapką. Nie wolno zapominać o  filtrach przeciwsłonecznych, a czasami dodatkowym ubraniu.

Stosowane filtry powinny być dostosowane do skóry małych dzieci. Najlepiej, by były to kosmetyki z filtrami mineralnymi (tlenek cynku i tlenek tytanu), które przeciwdziałają promieniowaniu UVA jak również UVB oraz zmniejszają ryzyko wystąpienia podrażnień i reakcji uczuleniowych.

Początkowo, przy pierwszych dniach ekspozycji na słońce, kremy powinny mieć faktor SPF 50+, a w miarę opalania skóry, można stosować mniejsze faktory.

Należy pamiętać, że promieniowanie słoneczne jest najbardziej intensywne w godzinach 10:00-15:00. Dlatego w tym czasie szczególnie chronimy skórę dzieci. Po 16:00, 17:00,  w miejscach mniej narażonych na promieniowanie (nogi) krem nie jest niezbędny.

Jeżeli natomiast dzieci pozostają w mieście, chodzą do przedszkola i spędzają 1-2 h na świeżym powietrzu, zwykle nie wymagają stosowania kremów z filtrem przeciwsłonecznym. Ważne jest aby chroniły głowy czapką lub kapeluszem i piły dużo wody.

324-Emulsja-ochronna-z-filtrem-mineralnym-na-slonce-do-twarzy-i-ciala-SWEET

 

NOWOŚĆ! EMULSJA OCHRONNA Z FILTREM MINERALNYM NA SŁOŃCE DO TWARZY I CIAŁA SWEET

Dla niemowlaków i całej rodziny – SPF 50 wysoka ochrona. Hipoalergiczny i wodoodporny kosmetyk naturalny

Łagodny, niepachnący krem ochronny na duże słońce. Zawiera tylko mineralne filtry UVB i UVA.
Zapewnia wysoką mineralną ochronę przeciwsłoneczną.
 
Polecany do codziennej ochrony delikatnej skóry niemowląt, dzieci, dorosłych wrażliwców, osób po zabiegach dermatologii estetycznej oraz dla uczulonych na filtry chemiczne i zapachy. Idealnie się wchłania i nie bieli skóry.
Zawarte w składzie surowce pomagają utrzymać właściwe nawilżenie skóry i zapewniają ochronę antyoksydacyjną.
 
 
 

Kotlety z kaszy gryczanej

czwartek, Lipiec 24th, 2014

Jednak kaszowe kotleciki tak zasmakowały u mnie w domu, że weszły na stałe do obiadowo-kolacyjnego repertuaru i przygotowuję je z kaszy specjalnie pod nie gotowanej :-)

Składniki (na około 10 większych lub 12 mniejszych kotlecików)
1 szklanka kaszy gryczanej, którą należy ugotować „na sypko” i wystudzić
2 jajka
3 czubate łyżki mąki
1 nieduża cebula
2 łyżki startego parmezanu (niekoniecznie)
ulubione zioła, sól, pieprz
opcjonalnie 50g boczku 
2 łyżki oliwy
olej do smażenia 
 
Wykonanie:
Cebulkę (lub cebulkę z boczkiem) pokrojoną w kosteczkę podsmażamy na oliwie. Studzimy. Dodajemy do ugotowanej i ostudzonej kaszy i pozostałych składników (poza ziołami). Wszystko razem mieszamy. Masa powinna mieć zwartą konsystencje, taką, aby można było formować w kotleciki. Jeżeli masa jest zbyt sypka, można dodać trochę wody i jeszcze łyżkę mąki. Masa musi się kleić. Zioła kroimy i dodajemy na koniec, jeszcze raz wszystko porządnie mieszamy. Teraz formujemy kotlety – dobrze jest przed zrobieniem kotleta z masy zamoczyć dłonie w wodzie. Przygotowane kotleciki smażymy na rozgrzanym tłuszczu z każdej strony 4-5 minut.
 
Kotleciki wybornie smakują z tzatzikami (naturalny serek homogenizowany mieszamy z wyciśniętym przez praskę czosnkiem, pokrojonym w drobną kostkę świeżym ogórkiem, koperkiem, solą, pieprzem i odrobiną soku z cytryny). Pyszne są też same lub z odrobiną jogurtu i świeżym ogórkiem. Smacznego! I jedzcie kaszę – nie tylko gryczaną!
 
Agata Żyto
 
kotlety z kaszy gryczanej

Gdzie na lody?

czwartek, Lipiec 24th, 2014

W Warszawie…

Lody prawdziwe

fot. Lody prawdziwe

Lody prawdziwe, ul. Świętokrzyska 30

Właściciele zapewniają, że: „najwyższej jakości naturalne składniki oraz rzemieślnicza produkcja sprawiają , że masz okazję spróbować jak smakują prawdziwe lody”. 

Oprócz tradycyjnych smaków, takich jak wanilia, bakalia, pistacja, znajdziecie tu sorbety ze świeżych owoców i oryginalne smaki belgijskiej czekolady czy zielonej herbaty. Wachlaż dostępnych smaków jest zmienny, więc warto zaglądać często. 

 

Budka z lodami, ul. Francuska 30

Przepyszne lody robione według własnej receptury oraz mrożone jogurty z bakaliami i owocami. 
Budka z lodami na Francuskiej, to ponoć najlepsze miejsce z domowo robionymi lodami na Saskiej Kępie. Ciągle powstają nowe smaki lodów dzięki czemu zawsze traficie na coś nowego. 
 
Budka z lodami

fot. Budka z lodami

 
Sucré – lody naturalne, ul. Mokotowska 12
 
Pyszne, świeże lody, w 100% naturalne, kręcone codziennie.
Są bogate w świeże mleko i śmietanę, miód oraz składniki najwyższej próby takie jak: czysta pistacja sycylijska z Bronte, orzechy laskowe z Piemontu czy migały z Walencji. Sorbety są cudnie kremowe i bardzo intensywne owocowe.

Lody nie zawierają żadnych emulgatorów, stabilizatorów ani utwardzonych tłuszczów roślinnych.

Sucré - Lody Naturalne

fot. Sucré – Lody Naturalne

Lody tradycyjne

fot. Lody tradycyjne

 
 
 
 
 
W Krakowie…
 
Lody Tradycyjne, Zwierzyniecka 3
 
Delikatne lody robione według wieloletniej, tradycyjnej receptury. 
Lody, których smak wciągnie najwiekszych smakoszy i tych, co cenią sobie naturalne i zdrowe składniki.

Niepowtarzalny smak lodów tradycyjnych zawdzięczany jest wyłącznie naturalnym i najwyższej jakości surowcom oraz wyjątkowej, tradycyjnej recepturze. 
 

Babkarnia

Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

W Łódzi…

 
Babkarnia, ul. Piotrkowska 97
 
Dotąd specjalizująca się w muffinach i babeczkach – rozpoczęła produkcję lodów.  A  smaki są oryginalne: grejpfrut z różowym pieprzem, ananas, malaga, wanilia z miodem i kwiatami czarnego bzu, jagoda z kwiatami lawendy, śliwka w czekoladzie i inne . Smaki zmieniają sie codziennie! 

Wytwórnia lodów tradycyjnych.

fot. Wytwórnia lodów tradycyjnych

W Poznaniu…

 
Wytwórnia Lodów Tradycyjnych, ul. Kościelna 52
 
Można tu rozsmakować się w wysokojakościowych lodach stworzonych w 100% z naturalnych składników. Powrócić do zapomnianych smaków i utraconych aromatów. Można też skosztować ciekawych kompozycji, jak np. lody o smaku kinder bueno! Uwaga, lodziarnia daje zniżki dla klientów ubranych w danym dniu w wyznaczony kolor. Warto śledzić fanpage Wytwórni!
 
 
Takich tradycyjnych lodziarni, które stawiają na sprawdzone, stare receptury, dobre składniki i kręcą lody z sercem, jest coraz więcej. Oczywiście nie sposób je tutaj wszystkie wymienić.
 
Zapraszamy do komentowania i dzielenia się informacjami o miejscach z Waszej okolicy, gdzie warto wybrać się na pyszne lody!

Alkaliczny styl życia

czwartek, Lipiec 24th, 2014


 Beata Sokołowska
Beata Sokołowka – spełniona businesswoman, troskliwa matka, kobieta szczęśliwa. Miała odwagę co kilka lat zmieniać swoje życie. Była otwarta na możliwości jakie przynosił jej los. Wygrała walkę o swoje zdrowie i szczęście. Została bohaterką książki Magdy Bębenek „Polka potrafi. Życie zaczyna się po 40-tce”.

Warto sięgnąć po książkę, by poznać jej inspirująca historię. Dziś rozmawiamy o jednym z ważniejszych jej przełomów. Było nim odkrycie alkalicznego stylu życia.

Beata zaskoczyła mnie pytaniem pierwsza. Spytała, czy to teraz taki trend, że zaczyna się robić wywiady z „normalnymi” ludźmi, nie z tymi którzy przeniknęli już do szerokiej świadomości, jak np. celebryci. Mimo, że jej blog i fanpage stały się już popularne, uważa się za kobietę jak inne. Z życiem, jakie prowadzi wiele z nas. Ona po prostu miała ochotę zrobić z nim coś więcej. Udało jej się to i chce się podzielić tym doświadczeniem z innymi.

Zacznijmy od tego, czym jest dieta alkaliczna. Nazwa nieco „chemiczna”. Zasady, kwasy, jak to się ma do zdrowego odżywiania?

Jak sprawdzić, czy nasz organizm jest zakwaszony?Tak, z jednej strony brzmi to dość tajemniczo. Z drugiej – jest bardzo wymierne. Mamy jeden prosty wskaźnik – pH naszego organizmu. Świadczy ono o jego alkaliczności (zasadowości), albo zakwaszeniu. Ten drugi stan jest dla nas niekorzystny. O pH naszego organizmu może świadczyć samopoczucie, które przy zakwaszeniu jest nienajlepsze. Najbardziej miarodajne dla sprawdzenia czy jesteśmy zakwaszeni jest badanie krwi.

Krew zdrowego organizmu powinna być zasadowa. Norma jest bardzo wąska – między pH=7,35 a 7,45. Gdy nawet odrobinę spada poniżej tej dolnej wartości, już oznacza to, że organizm stracił równowagę i zmierza w kierunku zakwaszenia.

Również jeżeli chodzi o naturę pożywienia, wskaźnik pH jest weryfikowalny, bowiem jedzenie zawierające duże ilości alkalizujących minerałów jest zasadotwórcze lub inaczej mówiąc odkwaszające. Łatwo jest zatem to sprawdzić.

„Mierzalną” dietą jest też np. dieta Montignaca, która bazuje na indeksach glikemicznych. Jest też świetna, jednak dla wielu osób dość skomplikowana. Natomiast wszystkie produkty o dobrych indeksach glikemicznych, są też produktami „alkalizującymi”, czyli przyczyniającymi się do odkwaszania naszego organizmu.

Jakie są objawy zakwaszenia?

Problemy z trawieniem, z utrzymaniem optymalnej wagi ciała i szczupłej sylwetki. Słaba odporność, bóle stawowe, mięśniowe, stan ciągłego zmęczenia, bóle głowy, podatność na infekcje i wreszcie na choroby cywilizacyjne.

Czy trudno jest przejść na dietę alkaliczną? Jak szukać odpowiedniej żywności?

Alkaliczność wynika z zawartości minerałów alkalizujących, takich jak: potas, magnez, wapń, żelazo, sód. Te minerały, w dużych ilościach, możemy z pewnością znaleźć w owocach, warzywach. Nie ma ich natomiast mięso. Ono jest zakwaszające.

Ja nie lubię słowa „dieta”, bo ono kojarzy się z zaleceniami na złe stany, choroby, odchudzanie. Coś czasowego, aby osiągnąć określony efekt. A ja uważam, że alkaliczna nie powinna być dieta obliczona na jakiś czas, ale powinien to być styl życia. I też nie chodzi o to, żeby odmawiać sobie zupełnie rzeczy, które lubimy. Chodzi o zachowanie odpowiednich proporcji. Jeżeli lubimy mięso – proszę bardzo – możemy je jeść, ale w rozsądnych porcjach.

Jakich produktów potrzebujemy do zachowania optymalnego zdrowiaA jaka jest ta rozsądna porcja?

W diecie alkalicznej powinniśmy zjeść 3-4 razy więcej warzyw w stosunku do ilości mięsa. Produkty zakwaszające nie powinny przekraczać 25-30% naszego jadłospisu. Wtedy organizm bez problemu sobie z nimi poradzi. I już. To proste.

Natomiast błędem byłoby jeść tylko produkty alkalizujące. Dlatego też nie jestem zwolennikiem nazwy „dieta” alkaliczna. Bo nie chodzi wcale o całkowite wyeliminowanie wszystkich zakwaszających elementów. My ich również potrzebujemy. Tylko nie więcej niż te 25-30%.

Są zdrowe, roślinne źródła białka, takie jak np. fasole, grochy, zboża, orzechy, niektóre pestki, które zakwaszają, ale jednocześnie są pożądane w diecie.

Czyli przejście na dietę alkaliczną jest proste, wystarczy mieć świadomość podziału produktów na alkalizujące i zakwaszające oraz stosować zasadę podziału 3:1?

Dokładnie tak. Wcale nie trzeba się wówczas bawić w ciągłe sprawdzanie kalorii, zawartości tłuszczu, węglowodanów. Znamy wiele diet na tym opartych. Na dłuższą metę jest to strasznie uciążliwe. Często odbiera radość jedzenia, gotowania, a nawet zwykłą radość życia. Nie tędy droga. Lubimy kotlety? OK, ale zjedzmy małego kotleta z ogromną porcją surówki.

Na podobnych zasadach opiera się dieta Montignaca. Jeśli zjemy coś o wysokim indeksie glikemicznym, powinniśmy to zrównoważyć odpowiednią porcją jedzenia z indeksem niskim.

Wystarczy wyrobić sobie nawyk odpowiednich połączeń i proporcji, a okaże się, że w zasadzie niczego nie musimy sobie całkowicie odmawiać. Musimy stworzyć sobie stały styl odżywiania. Jest też kilka reguł dotyczących kolejności posiłków. Owoce, które są trawione w jelicie cienkim, nie powinny być jedzone na końcu posiłku. Bo zalegają potem długo za np. leniwie trawionym, białkowym pokarmem  i mówiąc wprost – fermentują, gniją nam w brzuchu. Krótko mówiąc owoce, najlepiej jeść osobno. Białka i tłuszcze najlepiej łączyć z warzywami nie zawierającymi skrobi lub produktami fermentowanymi. Podobnie też łączymy warzywa z dużą zawartością skrobi.

I jeszcze jedna ważna sprawa to różnorodność żywności, zwłaszcza tej z grupy alkalizującej. To zapewni nam wszystko, czego organizm potrzebuje by czuć się dobrze i cieszyć się witalnością.

Od czego powinniśmy zacząć wdrażanie nowego stylu odżywiania?

Zawsze najlepiej zacząć od oczyszczenia organizmu z toksyn. To da nam lepszy start. Potem możemy rozpocząć proces wykształcenia nowych nawyków. Wkrótce zauważymy, że giną kilogramy, że lepiej się czujemy, mamy więcej energii, lepiej śpimy, poprawia się cera.

To jest dobra droga dla wszystkich zmęczonych dietami ze szczegółowymi jadłospisami . Prowadząc swój fanpage, od początku starałam się pokazać, że wystarczy wprowadzić kilka dobrych zasad. Np. zachęcałam do jedzenia kiszonej kapusty, bo ona buduje dobrą florę bakteryjną w jelitach. Po jakimś czasie, my to zaczynamy lubić. Staje się to naszym nawykiem i nawet jeżeli jadamy na zewnątrz, możemy skomponować posiłek tak, aby on nam służył.

Pokarmy oczyszczające organizm

No właśnie. Podejrzewam, że wiele osób jest zniechęconych dietami, które trudno jest utrzymać, lubiąc np. cotygodniowe spotkania na kolacjach z przyjaciółmi. Czy też będąc na wakacjach, gdzie chcemy popróbować lokalnej kuchni.

Tak, dlatego zawsze możemy zamówić rybę, mięso, tylko po prostu zamiast w towarzystwie porcji opiekanych ziemniaków – z podwójnym zestawem surówek. I to może nam wspaniale smakować i będziemy też dużo lepiej się czuć po takim posiłku, który poprzez dużą porcję surówki stanie się znacznie lżejszy i nie tak zakwaszający.  

Wiele osób uwierzyło już w genialną prostotę i skuteczność alkalicznego stylu życia.

Prowadzę swój fanpage od roku. Na początku były to sporadyczne wpisy. Okazało się, że ludzie się tym interesują i w końcu zaczęłam się czuć zobowiązana wobec nich do podzielenia się dobrymi doświadczeniami. Zależało mi na udostępnianiu wartościowych, sprawdzonych treści.

Dostałam już dziesiątki, a nawet setki wiadomości z podziękowaniami. Okazało się, że ludzie naprawdę są w stanie zmienić swoje życie. Są pozytywne historie. Wiele osób skorzystało z zaproponowanego przeze mnie programu trwającego 10 dni oczyszczania i alkalizacji (szczegóły TUTAJ).

Na czym polega ten program?

Przez 10 dni jesteśmy na warzywnym poście. To absolutnie wystarcza, by poczuć ogromną różnicę w samopoczuciu. Już od piątego dnia, ludziom wzrasta poziom energii. To są pierwsze skutki odkwaszenia, odtrucia organizmu. Gubią też kilogramy – od 3 do 5. Cera się poprawia, reguluje się sen. Jest to wystarczające przede wszystkim do tego, by zbudować motywację do pójścia dalej.

A jednocześnie 10 dni każdy z nas będzie w stanie wytrzymać, bez zagrożenia negatywnym poczuciem, że odmawiamy sobie wszystkiego.

Zorganizowałam już 2 takie odnowy w tym roku. Druga odbyła się w związku z zapytaniami zainteresowanych osób. To jest fajne, bo niektórym jest po prostu łatwiej, gdy otrzymają wsparcie innych. Niektórzy mówią, że inaczej w ogóle by tego nie zrobili.

Pierwszą odnowę zrobiłam na blogu, w styczniu. Jest pod nią ponad 300 komentarzy osób, które uczestniczyły. Pisały, co danego dnia ugotowały, jak się czują. Czuły swoje wzajemne wsparcie. Zrobiłam to na blogu, bo chciałam, by został po tym ślad dla innych.

Drugą, majową edycję przeprowadziłam jako wydarzenie na Facebooku. Też uczestniczyło ponad 300 osób. Trzecią planuję na przełomie września i października.

Warto też wiedzieć o tym, że efekty takich postów kumulują się. Można je robić np. 2 razy do roku. Organizm będzie pamiętał i wzmacniał efekty. Dla ich utrwalenia, można wprowadzić sobie jeden warzywny dzień w tygodniu. Gwarantuje to poprawę samopoczucia, regulację funkcji organizmu i chudnięcie.

A później, gdy już będziemy pracować nad utrwaleniem dobrych nawyków, co począć, gdy nagle zaatakuje nas pragnienie gastronomicznej rozpusty, odezwą się stare preferencje. Jak to wkomponować?

Możemy przyjąć sobie, że może nie codziennie, ale w 1-2 dniach tygodnia, 20% naszego jadłospisu przeznaczamy na tę „rozpustę”. Wtedy będzie łatwiej w tych trudnych, pierwszych tygodniach, kiedy organizm jest jeszcze uzależniony np. od często spożywanych wcześniej cukrów. A cukier to nie tylko słodycze. Jest składnikiem ogromnej ilości przetworzonych produktów, które spożywamy na co dzień. Więc maksymalnie 2 razy w tygodniu można sobie pozwolić na zjedzenie np. kilku kostek czekolady lub ciastka czy innego niezdrowego jedzenia. Po jakimś czasie, organizm odzwyczai się i nie będzie nas już tak ciągnęło do słodkości. A danie sobie takiej rezerwy na rozpustę, spowoduje, że nie będziemy żyli w poczuciu odmawiania sobie wszystkiego, a więc i stresie.

Najważniejsze jest zachowanie proporcji. Taka droga, na początku nawet z małymi odstępstwami, spowodowała u mnie kolosalne zmiany. Po dłuższym czasie, straciłam łaknienie na słodycze.

Szczęśliwa trzynastka podstawowych wskazań kulinarnych.

A co w ogóle skłoniło Cię do przejścia na dietę?

Bardzo złe samopoczucie. W takie upalne dni jak dziś – fatalny nastrój, spuchnięte nogi i dłonie. Byłam zmęczona. Niezależnie od pogody miałam niemiarowe bicie serca. Ból stawów – kolana, barki. Bóle kręgosłupa. Było to też wynikiem zjedzenia masy antybiotyków w dzieciństwie, kiedy sporo chorowałam. Ogólnie mój organizm bardzo źle funkcjonował.

W okolicach trzydziestki czułam się jak stara, schorowana osoba. Teraz, piętnaście lat później, trudno mi w to uwierzyć.

I od czego się zaczęło?

Od wyrzucenia wszystkiego z szafek w kuchni. Od opróżnienia lodówki. Na początku było trudno, bo nie było jeszcze dostępnej literatury, co jeść, jak gotować. Zbierałam wiedzę po kawałku. Stopniowo pozbyłam się żywności przetworzonej, wędlin, białego pieczywa. Wcześniej moja kuchnia wyglądała bardzo tradycyjnie. Na śniadanie kanapka z szynką i listkiem sałaty, na obiad zupa i koniecznie drugie danie okraszone ziemniakami. Kolacja znowu kanapkowa. Pozbyłam się tego.

Trochę eksperymentowałam z kuchnią wegetariańską. Zaczęłam szukać wskazówek, czytając o ludziach, którzy są zdrowsi od reszty populacji dzięki swoim nawykom żywieniowym. Nie imają się ich choroby cywilizacyjne.

Tak trafiłam na Adwentystów, którzy leczą dietą. Stosują metody bardzo zbliżone do tych, na których oparta jest proponowana dieta oczyszczająca, prowadzona  wg zaleceń dr Dąbrowskiej. Jest to właśnie warzywny post.

Początek był trudny, ale też bardzo szybko odczuwałam pozytywne efekty. Już po kilku tygodniach moje dolegliwości zmniejszyły się, a po jakimś czasie zupełnie ustały.

Szukałam wiedzy racjonalnej. W końcu dotarłam do odpowiedniej literatury, śledziłam badania naukowe. Przekonałam się, że wiele znanych powszechnie diet jest bardzo szkodliwych. Opierają się np. na kilku wybranych składnikach i przez to organizm nie otrzymuje kompletu substancji odżywczych. Dieta białkowa, z dużą ilością mięsa, prowadzi do otłuszczenia organów wewnętrznych.

Alkaliczny styl życia zagościł już na blogu, ma swój fanpage? Czy planujesz kolejne działania? Może warsztaty?

Tak, myślę o warsztatach. Jak również o wydaniu e-booka. Spotkałam się nieraz z pewną bezradnością po oczyszczaniu. Ludzie nie byli pewni, co dalej. Tutaj dobry będzie przewodnik we wdrażaniu dobrych nawyków. Nie chcę pójść w stronę wskazywania: dziś zjedz to i to, na jutro kup tamto. Bo to mogłoby być uciążliwe. Pilnowanie się harmonogramu i panika, gdy nie dostanie się np. fasolki – co mam teraz jeść?

Chodzi bardziej o zbudowanie wiedzy, co powinno być zawsze w domu. Co powinniśmy kupić np. w perspektywie 2 tygodni odżywiania. Podanie przykładowego menu, ale z zamiennikami, aby nie było tych męczących restrykcji. Ma być prosto, szybko, do przyrządzenia najlepiej w 15 minut. Aby uniknąć wymówek, że nie mamy czasu na specjalne gotowanie.

Trzymam kciuki, wyczekuję e-booka Alkalicznego Stylu Życia i dziękuję za inspirującą rozmowę!

Alkaliczny styl życiaTymczasem wszystkich zainteresowanych pogłębieniem tematu alkalicznego odżywiania zapraszamy na bloga Beaty Sokołowskiej:

http://www.alkalicznystylzycia.blogspot.com/

Zaglądajcie też na fanpage Alkalicznego Stylu Życia. Znajdziecie tam posty na temat alkalicznych i kwasowych produktów oraz proste i pyszne przepisy, które pomogą Wam odmienić codzienny jadłospis na zdrowszy:

https://www.facebook.com/AlkalicznyStylZyciaZdrowieZWyboru?fref=ts

Rozmawiała: Marta Ziubińska

  • Najnowsze wpisy

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Meta