Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Darmowe probki kosmetykow

» 2014 » Czerwiec Polowanie na promocje Upoluj co tylko chcesz: konkursy, darmowe próbki, testowanie produktów Konkursy Promocje

Szukaj

Archive for Czerwiec, 2014

Drugie życie opakowań PAT&RUB

poniedziałek, Czerwiec 30th, 2014

Kosmetyki, dla których podstawą jest natura, nie mogłyby być pakowane w nieekologiczne opakowania. Dlatego marka PAT&RUB stawia na:

opakowanie ekologiczne

1. Jak najmniej opakowań pojedynczego produktu! Solidne tuby, czy pojemniki nie potrzebują dodatkowych tekturowych pudełek. A jeżeli już jest ono konieczne, to…

2. Wydajnie wykorzystujemy powierzchnię opakowania, drukując informacje o kosmetyku wewnątrz pudełka. Nie drukujemy dodatkowych ulotek!

3. Nasze opakowania są biodegradowalne, czyli mogą być kompostowane razem z odpadami organicznymi i podczas rozkładu nie uwalniają szkodliwych substancji.

4. Dbamy o to, by nasze opakowania były jak najbardziej funkcjonalne i cieszyły naszych klientów. Czasem ta funkcjonalność może przejawić się w zupełnie nieoczekiwanych obszarach. I dlatego….

Gdy już zużyjemy ostatnią porcję masła, scrubu, orzeźwimy się ostatnią mgiełką – nie wyrzucajmy od razu pustego opakowania do śmieci! Plastikowe pudełko po scrubie – pojemność 500 ml, może znaleźć wiele ciekawych zastosowań w domowym gospodarstwie. Filcowy worek, który krył w sobie zestaw kosmetyków – może otrzymać inne dekoracyjne zadanie.

Dzielne „Perfekcyjne Panie Domu” z zespołu PAT&RUB otrzymały kreatywne zadanie natchnienia drogich Czytelników pomysłami na drugie życie opakowań. Oto, co powstało:

opakowanie na waciki

 

Koniec ulubionego pudru do kąpieli? Wypłucz i osusz opakowanie i używaj go jako słoik na waciki. 

 

 

 

 

 

 

worek na przybory do układania włosów

 

Otrzymałaś lub zafundowałaś sobie zestaw kosmetyków ? Gdy opróżnisz filcowy worek – możesz użyć go np. w łazience do przechowywania akcesoriów do układania włosów, takich jak papiloty, szczotki, wałki…

 

 

 

 

 

 

 

pudełko na śrubki

 

A tu coś dla Panów – praktyczne, zamykane pudełko na śrubki i inne drobiazgi z warsztatu. Cenione też przez wędkarzy ;-) Wystarczy zachęcać „lepszą połowę” by częściej stosowała odnawiający peeling lub odżywcze masło do ciała, a pudełko o pojemności 500 lub 250 ml szybciej będzie Wasze! ;-)

 

 

 

 

przybornik biurkowy

 

Tutaj inne zastosowanie – przybornik biurkowy. Pomieści wiele, nie stłucze się, pasuje do każdego pomieszczenia ;-)

 

 

 

osłonka na doniczkę

 

Dekoracyjna osłonka na doniczkę z filcowego worka po zestawie kosmetyków. Proste, eleganckie rozwiązanie, które ociepla wnętrze.

 

 

 

 

 

 

spryskiwacz do kwiatów

 

A skoro już jesteśmy przy kwiatach – poręczny spryskiwacz do domowych roślin, pozyskany z opakowania po mlecznej lub wodnej mgiełce.

 

 

 

 

 

stojak na gazetyStojak na gazety z filcowego worka.

 

 

 

 

 

 

worek na apaszki

 

 

 

 

I dodatkowa przestrzeń na nasze niezliczone zwiewne apaszki, czy inne akcesoria, które nie zmieściły się w komodzie.

 

Opakowania przyjazne dla środowiska to nie tylko takie, które można zmielić i użyć ponownie w produkcji. I nie tylko te, które rozłożą się szybko. Naszym zdaniem – najlepsze opakowania ekologiczne, od razu dostają drugie życie – od samych konsumentów. Dzięki temu same nie trafiają na śmietnik oraz nie musimy kupować specjalnie opakowań do segregacji, czy dekoracji. 

Mamy nadzieję, że nasze pomysły przypadły Wam do gustu. Czekamy teraz na Wasze! ;-)

Dopieszczona do granic możliwości :)

sobota, Czerwiec 28th, 2014

Niezależna, pewna siebie, posiadająca wszelkie możliwości rozwoju, a do tego zabiegana, nierzadko zmęczona, pełniąca kilka ról społecznych jednocześnie. To tylko kilka cech, jakimi można opisać większość współczesnych kobiet. Czy w tej całej gonitwie znajdują chwilę na oddech, czas tylko dla siebie? Mocno wierzę, że tak, ale wiadomo – w praktyce bywa różnie. 

Zdarza się, że sama czuję się przytłoczona obowiązkami, tempem życia i generalnie tym, co dzieje sie wokół mnie, dlatego przynajmniej raz w tygodniu staram się wygospodarować czas na reset i zadbanie o siebie. W końcu kobiecość to nie tylko podkreślający urodę makijaż, czyli długie, podkręcone rzęsy, zalotnie podkreślone oko, uwydatnione policzki i usta, lecz także zadbana, gładka i miękka skóra. Poprzez pielęgnację ciała troszczę się pośrednio także o równowagę psychiczną. Mnie w każdym razie ogromną satysfakcję sprawia chwila tylko dla mnie, gdy mogę w towarzystwie ulubionej muzyki przygotować pachnącą kąpiel, zadbać o włosy, skórę, paznokcie, a później oddać się relaksowi.
O tym, że warto dbać o swoją kobiecość, wie każda z nas. W końcu nasz wygląd w dużej mierze wpływa na to, jak się czujemy. I do tego właśnie tematu nawiązuje akcja marki Veet ‘Sekrety Femme Fatale’, w której mam przyjemność wziąć udział. Na czym miało polegać moje uczestnictwo? Na przedstawieniu jednego wieczoru z mojego życia, podczas którego mogę całkowicie oddać się pielęgnacji, zadbać tylko o siebie, poczuć się w 100% kobieco.

Jak wygląda mój kobiecy plan na odprężenie? Najpierw dbam o nastrój, który zapewniają mi dwie rzeczy. Pierwsza to zapachowe świece lub woski. Najczęściej te o nutach słodkich, pudrowych, waniliowo – piżmowych. Drugi to wspomniana już muzyka, która towarzyszy mi zawsze, gdy odpoczywam. Mam swoją własną, stałą playlistę ulubionych utworów.

Kolejny krok – szybki prysznic z użyciem strumienia zimnej i ciepłej wody na zmianę, w celu ujędrnienia ciała. Napięcie skóry wzmacniam też peelingiem. Po Waszych sugestiach pod jednym z ostatnich postów wróciłam do kawowego! Już zapomniałam jaki jest fajny :) Skóra nie tylko bajecznie pachnie kawą i olejkiem migdałowym (kawa, cukier i olejek ze słodkich migdałów to mój sprawdzony miks), ale przede wszystkim jest bardzo wygładzona, miękka i ujędrniona. Kolejny krok – depilacja.

Perfekcyjnie gładkie nogi to jeden z istotnych atutów każdej zadbanej kobiety. Dla mnie w każdym razie to ważna kwestia estetyczna. W związku z akcją Veet mam okazję wypróbować nowy krem usuwający włoski, który dedykowany jest do użycia pod prysznicem. Wystarczy nałożyć go na nogi przed wejściem pod prysznic, odczekać 3 minuty, a następnie zmyć produkt dołączoną do opakowania gąbeczką. Na pewno dam Wam znać czy jest wart zainteresowania.

Po tym kroku sięgam po olejek o prostym składzie, który odżywi i zmiękczy skórę. Masaż z jego użyciem to kolejny krok do ujędrnienia i napięcia skóry. Nigdy nie pomijam tego kroku, a szczególnie przykładam się do niego przed sezonem letnim, w czasie wzmożonego odkrywania ciała. Poza tym masowanie olejkami jest szalenie przyjemne i relaksujące :)

Sporo uwagi poświęcam także pielęgnacji cery. Standard to peeling, maseczka oczyszczająca (w tej roli świetne błoto z morza martwego) oraz nawadniająca. Na koniec zostawiam sobie lekkie i zarazem odżywcze serum oraz krem pod oczy. Po tym zestawie twarz jest wyraźnie wypoczęta, wygląda promiennie i zdrowo.

Jeśli chodzi o włosy to w wieczór pielęgnacyjny zależy mi przede wszystkim, aby porządnie je odżywić. W tym celu sięgam po sprawdzoną domową maskę na bazie odżywki drogeryjnej, żelu lnianego, odrobiny oleju, miodu i żółtka. Po nawilżającym kompresie delikatnie je rozczesuję i pozostawiam do naturalnego wyschnięcia.

Gładka, miękka skóra, błyszczące włosy, promienna cera i… wypielęgnowane dłonie oraz stopy. Precyzyjnie wykonany manicure i pedicure to kolejny sekret zadbanej kobiety i swoista „kropka nad i” naszych starań o piękny wygląd.  O tym, jak dbam o paznokcie pisałam w jednym z ostatnich postów.

I tak mniej więcej wygląda zazwyczaj mój babski wieczór, podczas którego mogę zadbać o siebie, o swoją urodę, rozpieścić się i przygotować na nadchodzący tydzień.

Jestem ciekawa, czy Wy także organizujecie sobie takie kobiece wieczory? Celebrujecie ten czas w specjalny dla siebie sposób? :)


Które punkty są u Was stałym elementem tej chwili pielęgnacyjnego relaksu? :)

Zakochaj się w Wilnie!

sobota, Czerwiec 28th, 2014

Myśląc o dłuższym urlopie, planujemy najczęściej leniwe plażowanie, góry, relaks nad jeziorem. Pozostają jeszcze letnie weekendy, które warto z pomysłem zagospodarować, a czasem delikatnie przedłużyć, o 1-2 dni. Na taką 3-4 dniową eskapadę można udać się np. za naszą wschodnią granicę. Jeśli odpoczywamy na Mazurach – ciekawym urozmaiceniem będzie wplecenie takiej wyprawy w program wczasów. 

Dziś podążymy śladami Mickiewicza i przedwojennej historii. Pospacerujemy zacisznymi uliczkami i rozmarzymy się nad cepelinami. Zwiedzimy Wilno. Jeśli startujemy z Mazur – bezpośrednia odległość np. z Augustowa do Wilna to 177 km. Nie należy się jej bać, bo na Litwie drogi są w naprawdę dobrej kondycji. Podróżuje się płynnie i spokojnie. Litwa nie jest bardzo zaludniona, stąd trasy nie są oblężone. Wokół roztaczają się sielskie widoki i podróż mija przyjemnie.

Niemen

Warto po drodze wstąpić do Druskiennik. Nadrabiamy kilka kilometrów, ale za to zwiedzamy urocze miasto uzdrowiskowe nad malowniczą rzeką Niemen (na zdjęciu obok). Możemy pospacerować po rozległym parku, na godzinę wsiąść na łódź i podziwiać dzikie brzegi rzeki, podczas organizowanych tu rejsów. A jeśli nasze pociechy kochają wodne harce – jest w Druskiennikach też olbrzymi aquapark oferujący wiele atrakcji – zobacz: Aquapark w Druskiennikach.

Cerkiew Druskienniki

 

 

Są też w Druskiennikach perełki wschodniej architektury, jak np. niebieska  Cerkiew „Wszystkich Strapionych Radość” z 1865r. (na zdjęciu obok).

Po zwiedzeniu Druskiennik, ruszamy do Wilna, trasa 113km mija oczywiście szybko ;-)

Wilno, w porównaniu do innych europejskich stolic – jest dość niewielkie. Ma trzykrotnie mniej mieszkańców od Warszawy. To sprawia, że nie ma tu jeszcze przytłaczającego zgiełku wielkiej aglomeracji. Są za to romantyczne uliczki do długiego spacerowania. Urzekają rzędy kolorowych, pięknie odrestaurowanych kamieniczek. Widać, że w Wilnie wiele się zmienia. Miasto budzi się w nowej, barwnej, nowoczesnej szacie. Oczywiście trafiamy jeszcze w zaułki mocno nadszarpnięte zębem czasu. To jednak dodaje tylko smaczku naszemu zwiedzaniu. Pełno tu polskich śladów. W wielu miejscach swobodnie można rozmawiać w naszym ojczystym języku. Dodatkowo czerpie się przyjemność ze słuchania charakterystycznego, wschodniego zaśpiewu, który znamy już tylko ze starych, przedwojennych filmów.

Wilno

Jest wiele „obowiązkowych” miejsc do zwiedzenia.  Można biec przez Wilno z przewodnikiem i odhaczać kolejne punkty. My jednak jesteśmy zwolennikami powolnego asymilowania się z miastem. Temu służą pobyty nieco dłuższe niż jeden dzień biegania po trasie kluczowych zabytków. Trzeba znaleźć czas na spacer poza szlakiem, na posiedzenie w klimatycznej knajpce i poobserwowanie ludzi. Warto pojeździć komunikacją, to pomaga ułożyć w głowie topografię miasta i uwalnia od samochodu, który przecież mamy na co dzień. 

Litewskie nalewki

Będąc na Litwie, koniecznie trzeba spróbować tutejszej kuchni. Cepeliny, babka ziemniaczana, kartacze – nie są to lekkie potrawy, ich podstawą są ziemniaki. Ale warto się skusić na te tradycyjne, naturalne smaki. Jeśli zazwyczaj nie jadamy takich potraw – dobrze jest do posiłku zamówić sobie litewską nalewkę. W Wilnie znajdziemy niezwykłe bogactwo ziołowych trunków, wspomagających trawienie, rozgrzewających ciało i zmiękczających duszę;-) 

uliczka Literatų

W Wilnie znajdziemy wiele galerii i artystycznych zakątków. Jednym ze słynniejszych jest ściana artystów na ulicy Literatų. Upamiętnia litewskich i polskich twórców. Znajdziemy tu między innymi teksty „Zielonej Gęsi” Gałczyńskiego. Nieopodal jest też dawna stancja Adama Mickiewicza. Jeżeli lubimy małe, klimatyczne muzea, wstąpmy do muzeum naszego Narodowego Wieszcza, w mieszkaniu przy zaułku Bernardyńskim. Prowadzą je prawdziwi pasjonaci, którzy z rozbrajającą otwartością, barwnie i bez muzealnego zadęcia opowiadają o znanych i nieznanych faktach z życia Mickiewicza. Oczywiście po polsku i z zaśpiewem ;-)

Wilno - uliczkiPo spacerze miło jest odpocząć w winiarni lub herbaciarni. Jak je znaleźć? Czasem podpowiedzą nam imbryki wtopione w ścianę kamienicy, które niczym drogowskazy wiodą w miękkie fotele przy nakrytych serwetami stoliczkach, gdzie unoszą się aromaty świeżych naparów i domowego ciasta.

Jednym z niesamowitych zabytków, które można tu zobaczyć jest barokowy Kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu. W obecnym kształcie – został ufundowany przez Michała Kazimierza Paca, hetmana wielkiego litewskiego. Fundator został pochowany w progu świątyni pod napisem „Tu leży grzesznik”, co miało być wyrazem pokory na koniec dość hedonistycznie prowadzonego życia. Kościół słynie z  wyjątkowej klasy sztukaterii, wszystkich tonących w bieli.

Kościół PacaNagromadzenie 2 tysiące rzeźb o tematyce biblijnej, mitologicznej i historycznej budzi zachwyt mieszający się wręcz z niepokojem. 

Będąc w Wilnie nie wolno ominąć słynnego Cmentarza Na Rossie. Stara nekropolia zachwyca pięknymi, zabytkowymi nagrobkami. Jest świadectwem długiej polsko-litewskiej historii tych terenów. Dla zafascynowanych historią – administracja cmentarza udostępnia stare księgi, gdzie można poszukać adnotacji o pochówku przodków sprzed stu i więcej lat. Wiele grobów jest już bowiem nie do rozpoznania. Dzięki księgom – można próbować je odnaleźć. Dla osób z wileńskimi korzeniami może to być niesamowicie poruszające doświadczenie.

Cmentarz na RossieGdy nasycimy oczy wileńskimi uliczkami, można urządzić sobie krótką wycieczkę za miasto. 

Troki27 km na zachód od Wilna znajdziemy Troki – prastare miasteczko, malowniczo położone wśród wzgórz, lasów i jezior. Troki leżą na półwyspie otoczonym wodami jezior Galvė, Totoriškių i jeziora Bernardyńskiego (Lukos). Na wyspie stoi zamek, który niegdyś był kolebką litewskiej państwowości, stanowił centrum polityczne i militarne kraju. Imponująca, odrestaurowana warownia warta jest zwiedzenia.

Od końca XIV w. Troki zamieszkują Karaimowie (język karaimski należy do grupy tureckiej), którzy do dziś zachowali swoje tradycje. Znajduje się tu bożnica karaimska – kinessa, zachowały się tradycyjne karaimskie domy mieszkalne. Wzdłuż głównej ulicy ciągnie się rząd kolorowych, drewnianych posesji z charakterystycznymi zdobieniami. Będąc w Trokach koniecznie trzeba też spróbować kuchni karaimskiej. W knajpach, kelnerki w karaimskich strojach podają tradycyjne dania z baraniny, kybyny (zapiekane pierogi), czy ziemniaczane bliny

Zamek Troki

 

Przed nami całe wakacje. Pomyślmy o dobrym ich wykorzystaniu. Zwłaszcza jeśli chodzi o weekendy, które pozostają nam poza zwyczajowym, dłuższym urlopem. Poza chill out-em na leżaku i moczeniem nóg w jeziorze – warto pomyśleć nad posmakowaniem kultury i zwyczajów ciekawych miejsc. Nad zanurzeniem się, choćby na 2-3 dni w klimat innego miasta, jego zwyczajów, historii, regionalnej kuchni.

Wilno z pewnością jest dobrym urzeczywistnieniem takich zamierzeń. 

Jak pisał Czesław Miłosz: „Dla Polaka Wilno jest nadal kolebką romantyzmu, czyli najważniejszego w polskiej historii ruchu, którego znaczenie wykracza poza literaturę”.

Romantyzm unosi się w wileńskim powietrzu. Odrywa od pędu codzienności. Budzi z jednej strony ciepłe rozmarzenie, z drugiej sentymentalną tęsknotę za czymś ulotnym, czego zdaje  się, dotykamy tu na chwilę, ale wiemy, że należy już tylko do przeszłości.

Pomoc w zaplanowaniu wycieczki do Wilna znajdziecie między innymi na stronie:

http://www.vilnius-tourism.lt/pl/

 

Tekst: Marta Ziubińska

Zdjęcia: Agata Żyto

Co nowego? :)

piątek, Czerwiec 27th, 2014

Daaawno nie było takiego chwalipięckiego posta, więc dobrze jest nadrobić zaległości ;) A tak serio to poza samą prezentacją tego, co ostatnio zasiliło kosmetyczkę, pojawią się swatche oraz mini recenzje poszczególnych produktów, których używam od kilku tygodni. Będzie przede wszystkim kolorowo, bo pielęgnacji wpadło stosunkowo niewiele. Nie przedłużając, zapraszam na przegląd nowości z ostatnich… yyyyy…czterech miesięcy! :)

Jakiś czas temu urządziłam czystki w kuferku lakierowym i wyrzuciłam lub oddałam większą część zbiorku. W świat poleciały kolory, które albo nie podobały mi się albo które jakościowo znacznie odstawały od ulubionych Essie czy Sally Hansen Complete Salon Manicure.

Selekcja była ostra, bo pod uwagę brałam trzy warunki: świetną trwałość, dobrą pigmentację i wygodną aplikację. Po usunięciu ze stada słabych osobników ;) w kuferku pojawiło się sporo miejsca na nowe odcienie. Ponieważ mam ogromną słabość do essiaków z tygodnia na tydzień gromadka zwiększała się o kolejne sztuki, aż z wishlisty mogłam skreślić 9 lakierów :)

Kolory od lewej do prawej: 
róże

nudziaki

chłodne kolory

Wishlista lakierowa skróciła się znacząco i co jest fajne, nic nowego na razie dopisywać nie zamierzam. Ostatnio pojawiające się kolekcje Essie, np. neonowa, kompletnie mnie nie ruszają. I to nie tylko ze względu na kolory, lecz także z powodu słabej jakości (smużenie, słaba pigmentacja). Jeśli na coś się skuszę to ewentualnie na powiększenie gromadki żelowych lakierów Models Own HyperGel o mocnym połysku i bardzo dobrym nasyceniu kolorów. Posiadam dwa (blady fiolet Lilac Sheen, jasny róż Pin Veneer), rozważam dokupienie jeszcze jednego.

Poza lakierami kolorowymi uzupełniłam paznokciową pielęgnację o bazę Essie Grow Stronger. Co o niej sądzę? Jest ok, ale niczego nie urywa ;) Szybko wysycha, lakiery (nie tylko tej samej marki) rozkładają się na niej bardzo ładnie. Nie jestem pewna czy działa jakoś wyjątkowo na paznokcie (ma nawilżać) oraz czy przedłuża szczególnie trwałość koloru. Wykończę ją i kolejny raz kupię inną, żeby mój porównać działanie.
Essie Good To Go całkowicie zgluciał, dlatego stanęłam przed koniecznością rozejrzenia się za nowym utwardzaczem. Wybór padł na nieco mniej popularny od Seche Vite czy GTG lakier nawierzchniowy Fast Drying Top Coat od Poshe. Jest odrobinę bardziej gęsty niż jego poprzednik, nie ściąga koloru, w ekspresowym tempie wysusza, utwardza i na niemal tydzień nabłyszcza. Mam nadzieję, że nie rozczaruje mnie w najbliższym czasie.
Ostatnim kosmetykiem wspomagającym mój paznokciowy rytuał [post o tym, jak krok po kroku dbam o paznokcie] jest odtłuszczacz do paznokci Sensique [recenzja] w nowej szacie, niezastąpiony, gdy używamy zmywaczy z dodatkiem olejków.

Czas na resztę kolorówki. Na pierwszy ogień cera.

Rok temu bardzo służył mi lekki, pielęgnujący, nawilżający podkład Lavery [recenzja] i w tym postanowiłam do niego powrócić. Jego cena jest stosunkowo wysoka (50-60 zł), dlatego polowałam na korzystną ofertę. Okazja nadarzyła się za sprawą współpracy z serwisem, który notabene polecam łowczyniom rabatów, Kupon.pl i kosmetyk wylądował w koszyku ze sporą zniżką (ok. 40 zł z przesyłką). Takie zakupy to ja lubię! :)
W czasie promocji w Rossmannie (wiem, odgrzewany kotlet ;) ) skusiłam się na drobne i jednocześnie mocno przemyślane zakupy. Kupiłam między innymi korektor, który od dawna chodził mi po głowie, mianowicie Bourjois Healthy Mix w odcieniu 51 (jasny, w złotej tonacji). Jakie wywarł na mnie wrażenie? Początkowo bardzo pozytywne, lecz z tygodnia na tydzień jego działanie przestało mnie zadowalać, ponieważ zaczął mocno przesuszać moją cerę. Koszmarnie wygląda to przede wszystkim pod oczami (a przecież jest na tę okolicę dedykowany!), nie lepiej na twarzy. Może to ja trafiłam na felerny egzemplarz? Odnoszę takie wrażenie po przeczytaniu wielu peanów na jego temat. Jednym słowem – rozczarowanko.
Kolejny zawód to kosmetyk marki, która ma u mnie dużego plusa za jakość wypuszczanych produktów (nadal, mimo tego, co za chwilę napiszę). Zoeva i jej mineralny rozświetlacz okazał się nie do końca tym, czego po Mineral Highlighter w odcieniu Summer Light oczekiwałam. Gdzie to światło? Gdzie połysk? Gdzie rozświetlenie? W mojej ocenie puder ten nie dorasta do pięt pięknej tafli znanej chociażby z Mary – Lou Manizer theBalm [recenzja]. Po nałożeniu niemal całkowicie wtapia się w skórę (słaba pigmentacja i dość sucha konsystencja) i gdybym nie wyszła na mocne słońce to nie zauważyłabym tego półtransparentnego błysku na policzku. Co najwyżej może być to lekki puder rozjaśniający o satynowym wykończeniu (znacznie delikatniejszym niż i tak subtelny Star Dust Lily Lolo [recenzja]), który na zasadzie kontrastu będzie współgrał z bronzerem w konturowaniu twarzy. Być może to kwestia poziomu jasności mojej cery, być może sprawdziłby się u osób z ciemniejszą skórą? Sama nie wiem, co producent miał na myśli wypuszczając Summer Light.

No dobra, koniec tych narzekań. Czas na oczy i kilka zasłużonych pochwał :)

Cieni w toaletce mam sporo, ale tylko niektóre z nich są warte tego, by kupić je ponownie. Jednym z nich jest mój absolutny hit od Maybelline – Color Tattoo w odcieniu 35 On and On Bronze. Nie raz, nie dwa pisałam o nim na blogu. Wylądował w ulubieńcach miesięcy, a także poprzedniego roku. To drugie opakowanie i przeczuwam, że nie ostatnie. Gdybym miała wybrać jeden cień, którym mogłabym malować oczy do końca życia byłby to właśnie ten cień.
Kosmetyki do oczu zasiliły kolejne dwa cienie, ostatnie już, bo więcej nie planuję, Infaillible L’Oreal. Ciężko określić ich konsystencję jednym słowem. Mnie przychodzi do głowy prasowany pigment o lekko mokrej formule. Tym razem postawiłam na neutralny róż z odrobiną złota 004 Forever Pink oraz chłodny beż 002 Hourglass Beige. Na bazie są bardzo trwałe, przyjemnie się je aplikuje (ale trzeba chwili, by opakować ich sypko – mokrą postać) i miło też na nie patrzy. Oko z nimi na powiece wygląda na rozświetlone i wyspane. Polujcie na nie w Rossmannie (ostatnio widziałam je z „ceną na do widzenia” – czyżby zostały wycofywane?) lub na aukcjach internetowych (i w sklepach online), gdzie są dostępne za 7-10 zł (regularna to 40 zł za sztukę).
Co jeszcze? Z wishlisty wiosennej wykreśliłam bazę pod cienie Eye Primer Zoeva. Czytałam, że jest dobra i taka też okazała się w praktyce. Utrzymuje kolor na moich tłustych i opadających powiekach w bardzo dobrym stanie przez minimum 8 godzin (np. wspomniane Color Tattoo, Inaillible, Yves Rocher, Sleek czy Lily Lolo), posiada przyjemną kremową konsystencję i całkiem nieźle podbija barwę cieni. Nie mam jej na tę chwilę nic do zarzucenia.
Ostatnim kosmetykiem okołoocznym jest bezbarwna maskara Essence, która u mnie służy jako utrwalacz makijażu brwi. To tanie (i szybsze od spryskiwania szczoteczki od tuszu lakierem do włosów ;) ) rozwiązanie, gdy włoski wykazują tendencję do czochrania się ;)


Kolorówkę zamykają produkty do ust.
O kosmetykach NYX naczytałam się sporo dobrego, szczególnie w kontekście pomadek. Chcąc sprawdzić, ile w internetowych opiniach prawdy, zrobiłam sobie urodzinowy prezent i zamówiłam The „it” List The Pinks, czyli zestaw różowych mazideł. W jego skład wchodzi:

Najbardziej spodobała mi się pozycja pierwsza i ostatnia, ale więcej na ich temat napiszę w osobnej recenzji. Dodam, że w sprzedaży jest także zestaw w wersji Natural (nudziaki). Możliwe, że wkrótce zapoznam się z nim bliżej :)

Poza zestawem NYX do kosmetyczki wpadły dwa inne kosmetyki naustne, mianowicie pomadka w płynie Rouge Shine Caresse L’Oreal 102 Romy i różowy balsam z serii Moisture Plus Carmex.
O ile pierwszy bardzo przypadł mi do gustu – szminka ma wygodny aplikator, jest trwała i posiada ładny odcień różu (mimo, że lekko ciemnieje po aplikacji) – to drugi jest mocno średni. W opakowaniu pachnie wanilią, a na ustach wyczuwam już mieszankę słodyczy i mentolu. Nie wiem czy carmexowy zapach mi się przejadł czy to specyfika tego konkretnego balsamu. W każdym razie nie mogę go ostatnio znieść i najchętniej wrzuciłabym go na dno szuflady. Druga sprawa – uważam, że nie nawilża ani trochę, a wręcz przeciwnie, pogarsza kondycję ust. Skórki są uwydatnione (również przez dodany pigment) i wcale nie znikają po kilku dniach stosowania kosmetyku. Uważam ten zakup za nieudany. A dodam, że klasyczny Carmex (oraz wersje truskawkowa i wiśniowa) sprawdziły się u mnie bardzo dobrze.

Ok, czas na pielęgnację. Jak już wspomniałam na początku posta, tu sięgam głównie po sprawdzone produkty, rzadziej eksperymentuję. Kolejny raz w koszyku doz.pl wylądował olejek z drzewa herbacianego, który, moim zdaniem, powinna mieć zawsze przy sobie osoba z cerą problematyczną. O licznych zaletach olejku pisałam w tym poście.
Znajomość kontynuuję także ze świetnie działającym, odżywczym serum Yves Rocher Elixir 7.9 [recenzja] oraz kremem przeciwzmarszczkowym pod oczy z serii Riche [recenzja]. W recenzjach znajdziecie moją opinię, dlatego nie będę się rozpisywać w tym poście.
Moje doświadczenia z Laverą nie ograniczają się jedynie do nawilżającego podkładu Natural Liquid Foundation. Rok temu miałam okazję do zapoznania się z kremami, m.in. z organicznym tonującym z wyciągiem z aloesu i karotenem. Jak na marchewkowy przystało jest lekko pomarańczowy, a dokładnie w kolorze zmiksowanej dyni :) Mogłoby się wydawać, że nie jest odpowiednią opcją pod makijaż, ale niewielka ilość naprawdę wtapia się w cerę, lekko ją przyciemniając. Dlatego też znalazł się pośród zakupów właśnie letnich, gdy używam ciemniejszego podkładu (Fairest mieszam z Light), całkowicie kryjącego Laverę. Krem pozostawia skórę miękką, nawilżona a poza tym łagodzi lekkie problemy z cerą.

Do eksperymentów zaliczam spotkanie z błotem z Morza Martwego, o którym czytałam na blogach wiele dobrego. Przekonała mnie obietnica działania (m.in. oczyszczanie, ujędrnianie, nawilżanie), naturalny skład bez zbędnych dodatków, uniwersalne zastosowanie, ogromne opakowanie (pół kg!), proporcjonalnie do wagi niska cena (18 zł) i dostępność od ręki w Rossmannie. Użyłam błotka kilka razy (na twarz, ciało, włosy) i muszę przyznać, że jego działanie jest identyczne jak mojej ulubionej glinki marokańskiej rhassoul (ghassoul). Na stałe wchodzi do obowiązkowych kosmetyków pielęgnujących!

Jestem ciekawa, czy wśród wymienionych produktów znalazłyście coś, co znacie i lubicie? :) A może czymś szczególnie Was zainteresowałam? 

Podzielcie się opinią na temat bohaterów dzisiejszego posta :)
Ps. udanego weekendu!
Ps. Przypominam o kończącym się konkursie ze szczoteczką soniczną do oczyszczania cery Luna.

Skuś się na domową pizzę!

piątek, Czerwiec 27th, 2014

Każdy pewnie ma inną odpowiedź na to pytanie. Ja często przygotowuję włoskie potrawy, bo są szybkie, łatwe, pyszne i sycą mojego męża sportowca i syna-nastolatka, który „wciąga” teraz wszystko jak odkurzacz ;-) Do niedawna w mojej kuchni królowały włoskie pasty, ale po namowach latorośli odważyłam się zabrać za pizzę. Przepis na moją pizzę był już testowany wielokrotnie i danie zawsze się udawało. Także nie bez obaw- da się zrobić prawdziwą pizzę w warunkach domowych! A największym uznaniem są słowa syna, który po wizycie w pizzerii stwierdza, że „mama robi lepszą”;-)

Składniki na ciasto- wychodzą dwie duże pizze, którymi najedzą się trzy osoby:
2 szklanki mąki
3/4 szklanki ciepłej wody
2 łyżki oliwy z oliwek
1,5 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
1 paczka (7g) suszonych drożdży
 
Składniki mieszamy razem i wyrabiamy ciasto (ok 10 minut). Ciasto powinno mieć zwartą i miękką konsystencję. Jeżeli jest zbyt luźne dodajemy trochę mąki. Ciasto wkładamy do miski, przkrywamy ściereczką i odstawiamy na 1 godzinę (ciasto powinno podwoić objętość)
 
W czasie, gdy ciasto wyrasta zabieramy się za sos.
 
Składniki na sos:
1 puszka pomidorów bez skórki (lub 3 pomidory świeże, obrane ze skórki, pokrojone w kostkę, odcedzone na sitku)
zioła suszone, po szczypcie:
bazylii,
oregano,
cząbru,
tymianku
oraz 2 ząbki czosnku wyciśniętego przez praskę, 
szczypta soli, 
pół łyżeczki cukru
pieprz
 
Miksujemy pomidory, dodajemy pozostałe składniki.
 
Pozostałe składniki na pizzę:
mozarella starta- 200g- i jest to jedyny składnik obowiązkowy:-)
a reszta zależy już od naszej fantazji!
Ja dodaję:
salami w plastrach (jest lepsza od szynki, bo bardziej aromatyczna i wyrazista) – 100g
cebula pokrojona w piórka – 2 szt.
papryka czerwona pokrojona na paski – 1 szt.
oliwki zielone lub czarne – kilkanaście
mozarella- kulka, pokrojona na plasterki
 
Kiedy ciasto podwoi swoją objętość, dzielimy je na pół, formujemy kule i rozwałkowujemy na cienkie placki. Wiem, wiem, że wałkowanie pizzy jest niedopuszczalne, zakazane wręcz u Włochów. Ale umówmy się- jest to nasza domowa, polska pizza, więc nie bądźmy tacy radykalni i chwyćmy za ten wałek. Cienki, rozwałkowany placek przekładamy na papier do pieczenia, a ten z kolei już umiejscawiamy na blasze do pieczenia (to ważne w tym momencie, bo później, gdy składniki wylądują na pizzy, nie damy rady przenieść jej na blachę). W tym momencie możemy już zacząć rozgrzewać piekarnik, tak aby osiągnął temperaturę 250 stopni (ja piekę z termoobiegiem). Następnie smarujemy pizzę sosem pomidorowym, zostawiając puste brzegi i posypujemy startą mozarellą. A teraz to już hulaj dusza, piekła nie ma! Kładziemy na placek to na co akurat mamy ochotę. Jednakże ważny jest umiar. Wszak to nie składniki pizzy, ale samo ciasto jest królem tej potrawy. Nie pakujmy zbyt dużo dobroci na pizze, choćby z tej przyczyny, że będą się one wylewać i wysypywać z ciasta podczas konsumpcji;-) Jeszcze a’propos ciasta. Jeśli jednak wykorzystamy wszyściutkie składniki „zewnętrzne” naszego placka i nie zostanie nam już ani jeden kawałek kiełbaski, ani plasterek cebulki, ani jedna oliwka, to nie płaczemy! Do ciasta wsypujemy czarnuszkę, rozwałkowujemy i po upieczeniu powstanie nam pyszne pieczywko mające zastosowania przeróżne, np. możemy je zjeść z bobem i pomidorami, przyrządzonymi tak jak w przepisie sprzed tygodnia. Zobacz TU!
No, ale do sedna, znaczy się do pizzy. Przygotowaną jak wyżej pizzę (która już znajduje się na papierze i na blasze do pieczenia) wsuwamy do piekarnika rozgrzanego do 250 stopni na 12-15 minut (trzeba podglądać). Wyjmujemy, gdy ciasto jest upieczone na brzegach, ser rozpuszczony, a składniki zrumienione. Posypujemy rukolą, bazylią, zamykamy oczy i przy pierwszym kęsie czujemy lekki wiaterek znad jeziora Garda albo zapach gorącego piasku z plaży w Rimini :-)
 
Buon appetito!
 
Agata Żyto
 
Domowa pizza

Śniadanie na trawie

piątek, Czerwiec 27th, 2014

Przy ulicy Myśliwieckiej 9 w Warszawie, na Placu Zabaw, w każdą niedzielę aż do 14 września zagości targ kulinarny „Śniadanie na trawie. Będzie można spędzić tam leniwy ranek i wczesne popołudnie (godz. 11:00 – 16:00) kosztując swojskich produktów lokalnych, a także oryginalnych dań z kuchni świata. Można jeść na miejscu i kupować na wynos, np. niebanalne przetwory. Znajdzie się coś dla beztroskich łasuchów i dla pilnujących, by w posiłkach nie było cukru. 

 

 

W bardzo zielonej okolicy, każdy znajdzie kawałek miejsca na trawie by blisko natury skonsumować najlpsze potrawy.

Zdjęcia z wydarzenia „Śniadanie na trawie” na Facebooku.

To już kolejne targi kulinarne w stolicy. Znany i lubiany jest również Targ śniadaniowy na Żoliborzu. W każdą sobotę i niedzielę w Parku Moczydło jest okazja do  spożywania i kupowania zdrowej żywności na świeżym powietrzu.
Na śniadania dostarczane są świeże produkty. wokół panuje relaksująca atmosfera lata. 
Celem targu jest popularyzowanie idei wspólnych śniadań. Sobotni poranek to także powód i zachęta do spotkania, wyjścia z domu, kawy na świeżym powietrzu, zabawy dla najmłodszych i dorosłych. Powodów jest wiele, a każdy może znaleźć swój własny.

 

 

http://targsniadaniowy.pl/ 

Śniadaniować wspólnie można też w innych miastach. Idea targu śniadaniowego zawitała też do:

- Sopotu  , każda sobota, start 8.00

- Poznania , każda sobota Park Kasprowicza, start 8.00, każda niedziela Park Sołacki, start 9.00

- Krakowa, każda sobota Park Krakowski, start 8.00, każda niedziela Park Ratuszowy (Nowa Huta), start 9.00.

Aktualnych informacji można szukać na profilach społecznościowych FACEBOOK dla wybranego miasta

 
 

Co nowego? :)

piątek, Czerwiec 27th, 2014

Daaawno nie było takiego chwalipięckiego posta, więc dobrze jest nadrobić zaległości ;) A tak serio to poza samą prezentacją tego, co ostatnio zasiliło kosmetyczkę, pojawią się swatche oraz mini recenzje poszczególnych produktów, których używam od kilku tygodni. Będzie przede wszystkim kolorowo, bo pielęgnacji wpadło stosunkowo niewiele. Nie przedłużając, zapraszam na przegląd nowości z ostatnich… yyyyy…czterech miesięcy! :)

Jakiś czas temu urządziłam czystki w kuferku lakierowym i wyrzuciłam lub oddałam większą część zbiorku. W świat poleciały kolory, które albo nie podobały mi się albo które jakościowo znacznie odstawały od ulubionych Essie czy Sally Hansen Complete Salon Manicure.

Selekcja była ostra, bo pod uwagę brałam trzy warunki: świetną trwałość, dobrą pigmentację i wygodną aplikację. Po usunięciu ze stada słabych osobników ;) w kuferku pojawiło się sporo miejsca na nowe odcienie. Ponieważ mam ogromną słabość do essiaków z tygodnia na tydzień gromadka zwiększała się o kolejne sztuki, aż z wishlisty mogłam skreślić 9 lakierów :)

Kolory od lewej do prawej: 
róże

nudziaki

chłodne kolory

Wishlista lakierowa skróciła się znacząco i co jest fajne, nic nowego na razie dopisywać nie zamierzam. Ostatnio pojawiające się kolekcje Essie, np. neonowa, kompletnie mnie nie ruszają. I to nie tylko ze względu na kolory, lecz także z powodu słabej jakości (smużenie, słaba pigmentacja). Jeśli na coś się skuszę to ewentualnie na powiększenie gromadki żelowych lakierów Models Own HyperGel o mocnym połysku i bardzo dobrym nasyceniu kolorów. Posiadam dwa (blady fiolet Lilac Sheen, jasny róż Pin Veneer), rozważam dokupienie jeszcze jednego.

Poza lakierami kolorowymi uzupełniłam paznokciową pielęgnację o bazę Essie Grow Stronger. Co o niej sądzę? Jest ok, ale niczego nie urywa ;) Szybko wysycha, lakiery (nie tylko tej samej marki) rozkładają się na niej bardzo ładnie. Nie jestem pewna czy działa jakoś wyjątkowo na paznokcie (ma nawilżać) oraz czy przedłuża szczególnie trwałość koloru. Wykończę ją i kolejny raz kupię inną, żeby mój porównać działanie.
Essie Good To Go całkowicie zgluciał, dlatego stanęłam przed koniecznością rozejrzenia się za nowym utwardzaczem. Wybór padł na nieco mniej popularny od Seche Vite czy GTG lakier nawierzchniowy Fast Drying Top Coat od Poshe. Jest odrobinę bardziej gęsty niż jego poprzednik, nie ściąga koloru, w ekspresowym tempie wysusza, utwardza i na niemal tydzień nabłyszcza. Mam nadzieję, że nie rozczaruje mnie w najbliższym czasie.
Ostatnim kosmetykiem wspomagającym mój paznokciowy rytuał [post o tym, jak krok po kroku dbam o paznokcie] jest odtłuszczacz do paznokci Sensique [recenzja] w nowej szacie, niezastąpiony, gdy używamy zmywaczy z dodatkiem olejków.

Czas na resztę kolorówki. Na pierwszy ogień cera.

Rok temu bardzo służył mi lekki, pielęgnujący, nawilżający podkład Lavery [recenzja] i w tym postanowiłam do niego powrócić. Jego cena jest stosunkowo wysoka (50-60 zł), dlatego polowałam na korzystną ofertę. Okazja nadarzyła się za sprawą współpracy z serwisem, który notabene polecam łowczyniom rabatów, Kupon.pl i kosmetyk wylądował w koszyku ze sporą zniżką (ok. 40 zł z przesyłką). Takie zakupy to ja lubię! :)
W czasie promocji w Rossmannie (wiem, odgrzewany kotlet ;) ) skusiłam się na drobne i jednocześnie mocno przemyślane zakupy. Kupiłam między innymi korektor, który od dawna chodził mi po głowie, mianowicie Bourjois Healthy Mix w odcieniu 51 (jasny, w złotej tonacji). Jakie wywarł na mnie wrażenie? Początkowo bardzo pozytywne, lecz z tygodnia na tydzień jego działanie przestało mnie zadowalać, ponieważ zaczął mocno przesuszać moją cerę. Koszmarnie wygląda to przede wszystkim pod oczami (a przecież jest na tę okolicę dedykowany!), nie lepiej na twarzy. Może to ja trafiłam na felerny egzemplarz? Odnoszę takie wrażenie po przeczytaniu wielu peanów na jego temat. Jednym słowem – rozczarowanko.
Kolejny zawód to kosmetyk marki, która ma u mnie dużego plusa za jakość wypuszczanych produktów (nadal, mimo tego, co za chwilę napiszę). Zoeva i jej mineralny rozświetlacz okazał się nie do końca tym, czego po Mineral Highlighter w odcieniu Summer Light oczekiwałam. Gdzie to światło? Gdzie połysk? Gdzie rozświetlenie? W mojej ocenie puder ten nie dorasta do pięt pięknej tafli znanej chociażby z Mary – Lou Manizer theBalm [recenzja]. Po nałożeniu niemal całkowicie wtapia się w skórę (słaba pigmentacja i dość sucha konsystencja) i gdybym nie wyszła na mocne słońce to nie zauważyłabym tego półtransparentnego błysku na policzku. Co najwyżej może być to lekki puder rozjaśniający o satynowym wykończeniu (znacznie delikatniejszym niż i tak subtelny Star Dust Lily Lolo [recenzja]), który na zasadzie kontrastu będzie współgrał z bronzerem w konturowaniu twarzy. Być może to kwestia poziomu jasności mojej cery, być może sprawdziłby się u osób z ciemniejszą skórą? Sama nie wiem, co producent miał na myśli wypuszczając Summer Light.

No dobra, koniec tych narzekań. Czas na oczy i kilka zasłużonych pochwał :)

Cieni w toaletce mam sporo, ale tylko niektóre z nich są warte tego, by kupić je ponownie. Jednym z nich jest mój absolutny hit od Maybelline – Color Tattoo w odcieniu 35 On and On Bronze. Nie raz, nie dwa pisałam o nim na blogu. Wylądował w ulubieńcach miesięcy, a także poprzedniego roku. To drugie opakowanie i przeczuwam, że nie ostatnie. Gdybym miała wybrać jeden cień, którym mogłabym malować oczy do końca życia byłby to właśnie ten cień.
Kosmetyki do oczu zasiliły kolejne dwa cienie, ostatnie już, bo więcej nie planuję, Infaillible L’Oreal. Ciężko określić ich konsystencję jednym słowem. Mnie przychodzi do głowy prasowany pigment o lekko mokrej formule. Tym razem postawiłam na neutralny róż z odrobiną złota 004 Forever Pink oraz chłodny beż 002 Hourglass Beige. Na bazie są bardzo trwałe, przyjemnie się je aplikuje (ale trzeba chwili, by opakować ich sypko – mokrą postać) i miło też na nie patrzy. Oko z nimi na powiece wygląda na rozświetlone i wyspane. Polujcie na nie w Rossmannie (ostatnio widziałam je z „ceną na do widzenia” – czyżby zostały wycofywane?) lub na aukcjach internetowych (i w sklepach online), gdzie są dostępne za 7-10 zł (regularna to 40 zł za sztukę).
Co jeszcze? Z wishlisty wiosennej wykreśliłam bazę pod cienie Eye Primer Zoeva. Czytałam, że jest dobra i taka też okazała się w praktyce. Utrzymuje kolor na moich tłustych i opadających powiekach w bardzo dobrym stanie przez minimum 8 godzin (np. wspomniane Color Tattoo, Inaillible, Yves Rocher, Sleek czy Lily Lolo), posiada przyjemną kremową konsystencję i całkiem nieźle podbija barwę cieni. Nie mam jej na tę chwilę nic do zarzucenia.
Ostatnim kosmetykiem okołoocznym jest bezbarwna maskara Essence, która u mnie służy jako utrwalacz makijażu brwi. To tanie (i szybsze od spryskiwania szczoteczki od tuszu lakierem do włosów ;) ) rozwiązanie, gdy włoski wykazują tendencję do czochrania się ;)


Kolorówkę zamykają produkty do ust.
O kosmetykach NYX naczytałam się sporo dobrego, szczególnie w kontekście pomadek. Chcąc sprawdzić, ile w internetowych opiniach prawdy, zrobiłam sobie urodzinowy prezent i zamówiłam The „it” List The Pinks, czyli zestaw różowych mazideł. W jego skład wchodzi:

Najbardziej spodobała mi się pozycja pierwsza i ostatnia, ale więcej na ich temat napiszę w osobnej recenzji. Dodam, że w sprzedaży jest także zestaw w wersji Natural (nudziaki). Możliwe, że wkrótce zapoznam się z nim bliżej :)

Poza zestawem NYX do kosmetyczki wpadły dwa inne kosmetyki naustne, mianowicie pomadka w płynie Rouge Shine Caresse L’Oreal 102 Romy i różowy balsam z serii Moisture Plus Carmex.
O ile pierwszy bardzo przypadł mi do gustu – szminka ma wygodny aplikator, jest trwała i posiada ładny odcień różu (mimo, że lekko ciemnieje po aplikacji) – to drugi jest mocno średni. W opakowaniu pachnie wanilią, a na ustach wyczuwam już mieszankę słodyczy i mentolu. Nie wiem czy carmexowy zapach mi się przejadł czy to specyfika tego konkretnego balsamu. W każdym razie nie mogę go ostatnio znieść i najchętniej wrzuciłabym go na dno szuflady. Druga sprawa – uważam, że nie nawilża ani trochę, a wręcz przeciwnie, pogarsza kondycję ust. Skórki są uwydatnione (również przez dodany pigment) i wcale nie znikają po kilku dniach stosowania kosmetyku. Uważam ten zakup za nieudany. A dodam, że klasyczny Carmex (oraz wersje truskawkowa i wiśniowa) sprawdziły się u mnie bardzo dobrze.

Ok, czas na pielęgnację. Jak już wspomniałam na początku posta, tu sięgam głównie po sprawdzone produkty, rzadziej eksperymentuję. Kolejny raz w koszyku doz.pl wylądował olejek z drzewa herbacianego, który, moim zdaniem, powinna mieć zawsze przy sobie osoba z cerą problematyczną. O licznych zaletach olejku pisałam w tym poście.
Znajomość kontynuuję także ze świetnie działającym, odżywczym serum Yves Rocher Elixir 7.9 [recenzja] oraz kremem przeciwzmarszczkowym pod oczy z serii Riche [recenzja]. W recenzjach znajdziecie moją opinię, dlatego nie będę się rozpisywać w tym poście.
Moje doświadczenia z Laverą nie ograniczają się jedynie do nawilżającego podkładu Natural Liquid Foundation. Rok temu miałam okazję do zapoznania się z kremami, m.in. z organicznym tonującym z wyciągiem z aloesu i karotenem. Jak na marchewkowy przystało jest lekko pomarańczowy, a dokładnie w kolorze zmiksowanej dyni :) Mogłoby się wydawać, że nie jest odpowiednią opcją pod makijaż, ale niewielka ilość naprawdę wtapia się w cerę, lekko ją przyciemniając. Dlatego też znalazł się pośród zakupów właśnie letnich, gdy używam ciemniejszego podkładu (Fairest mieszam z Light), całkowicie kryjącego Laverę. Krem pozostawia skórę miękką, nawilżona a poza tym łagodzi lekkie problemy z cerą.

Do eksperymentów zaliczam spotkanie z błotem z Morza Martwego, o którym czytałam na blogach wiele dobrego. Przekonała mnie obietnica działania (m.in. oczyszczanie, ujędrnianie, nawilżanie), naturalny skład bez zbędnych dodatków, uniwersalne zastosowanie, ogromne opakowanie (pół kg!), proporcjonalnie do wagi niska cena (18 zł) i dostępność od ręki w Rossmannie. Użyłam błotka kilka razy (na twarz, ciało, włosy) i muszę przyznać, że jego działanie jest identyczne jak mojej ulubionej glinki marokańskiej rhassoul (ghassoul). Na stałe wchodzi do obowiązkowych kosmetyków pielęgnujących!

Jestem ciekawa, czy wśród wymienionych produktów znalazłyście coś, co znacie i lubicie? :) A może czymś szczególnie Was zainteresowałam? 

Podzielcie się opinią na temat bohaterów dzisiejszego posta :)
Ps. udanego weekendu!
Ps. Przypominam o kończącym się konkursie ze szczoteczką soniczną do oczyszczania cery Luna.

Jak powstają wodne mgiełki?

czwartek, Czerwiec 26th, 2014

Woda kwiatowa, czyli inaczej hydrolat, to woda podestylacyjna - biorąca udział w destylacji rośliny, oddzielana od olejku eterycznego podczas tego procesu.

Gdy chcemy pozyskać olejek eteryczny, destylujemy go z wybranej rośliny. W zależności od jej rodzaju, wykorzystujemy całość (czyli ziele) lub część. Mogą to być płatki kwiatów, korzenie czy kłącza.

Umieszczamy roślinę w specjalnej aparaturze – Aparacie Derynga i podgrzewamy rozpoczynając destylację. W czasie 2-4 h, gdy gorąca woda przepływa przez zanurzony w niej surowiec, dochodzi do podziału na części lotne i nielotne, wiążące się z parą wodną.

 

Apatrat Derynga – Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Aparat_Derynga

 

Części lotne przechodzą do olejku eterycznego. Natomiast te nielotne  jak witaminy, minerały i inne metabolity hydrofilowe zostają w wodzie. W hydrolacie znajdziemy również śladowe ilości olejku eterycznego.  

Taki więc hydrolat jest bardzo wartościową, bogatą  i cenną wodą dla naszej skóry. Może być używany jako tonik bezpośrednio na skórę, lub jako faza wodna w emulsjach. Ze względu na obecność olejku eterycznego, zawsze też cieszy pięknym aromatem, który może mieć działanie relaksujące, pobudzające, kojące – w zależności od rodzaju olejku.

W ofercie PAT&RUB są dwa hydrolaty. Jeden z kwiatów gorzkiej pomarańczy, czyli neroli oraz drugi z róży damasceńskiej.  Obydwa produkty są idealne do odświeżania skóry, głównie twarzy w upalne dni , czy w suchym otoczeniu jakie jest w biurze czy samolocie. Mgiełki wodne nie tylko odświeżają ale również mają szersze działanie.

Wodna Mgiełka do Twarzy i Ciała – Kwiat Pomarańczy –  pomoże wyregulować wydzielanie serum, pracę gruczołów łojowych oraz zmniejszy widoczność zaskórników dzięki działaniu ściągającemu.

Wodna Mgiełka do Twarzy i Ciała – Różana -  uspokoi, złagodzi i będzie tonizować skórę . Dlatego idealna jest dla skóry wrażliwej i naczynkowej.

Warto zaserwować sobie przyjemność rozpylenia mgiełki. To nie tylko odświeży, ale też poprawi samopoczucie oraz dobrze wpłynie na kondycję naszej skóry.

 

Autor: Marta Anna Biskupska, Junior Product Manager PAT&RUB

Zobacz ofertę mgiełek wodnych PAT&RUB TUTAJ!

 

Promocja mgiełki PAT&RUB

 

Jak powstają wodne mgiełki?

czwartek, Czerwiec 26th, 2014

Woda kwiatowa, czyli inaczej hydrolat, to woda podestylacyjna - biorąca udział w destylacji rośliny, oddzielana od olejku eterycznego podczas tego procesu.

Gdy chcemy pozyskać olejek eteryczny, destylujemy go z wybranej rośliny. W zależności od jej rodzaju, wykorzystujemy całość (czyli ziele) lub część. Mogą to być płatki kwiatów, korzenie czy kłącza.

Umieszczamy roślinę w specjalnej aparaturze – Aparacie Derynga i podgrzewamy rozpoczynając destylację. W czasie 2-4 h, gdy gorąca woda przepływa przez zanurzony w niej surowiec, dochodzi do podziału na części lotne i nielotne, wiążące się z parą wodną.

 

Apatrat Derynga – Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Aparat_Derynga

 

Części lotne przechodzą do olejku eterycznego. Natomiast te nielotne  jak witaminy, minerały i inne metabolity hydrofilowe zostają w wodzie. W hydrolacie znajdziemy również śladowe ilości olejku eterycznego.  

Taki więc hydrolat jest bardzo wartościową, bogatą  i cenną wodą dla naszej skóry. Może być używany jako tonik bezpośrednio na skórę, lub jako faza wodna w emulsjach. Ze względu na obecność olejku eterycznego, zawsze też cieszy pięknym aromatem, który może mieć działanie relaksujące, pobudzające, kojące – w zależności od rodzaju olejku.

W ofercie PAT&RUB są dwa hydrolaty. Jeden z kwiatów gorzkiej pomarańczy, czyli neroli oraz drugi z róży damasceńskiej.  Obydwa produkty są idealne do odświeżania skóry, głównie twarzy w upalne dni , czy w suchym otoczeniu jakie jest w biurze czy samolocie. Mgiełki wodne nie tylko odświeżają ale również mają szersze działanie.

Wodna Mgiełka do Twarzy i Ciała – Kwiat Pomarańczy –  pomoże wyregulować wydzielanie serum, pracę gruczołów łojowych oraz zmniejszy widoczność zaskórników dzięki działaniu ściągającemu.

Wodna Mgiełka do Twarzy i Ciała – Różana -  uspokoi, złagodzi i będzie tonizować skórę . Dlatego idealna jest dla skóry wrażliwej i naczynkowej.

Warto zaserwować sobie przyjemność rozpylenia mgiełki. To nie tylko odświeży, ale też poprawi samopoczucie oraz dobrze wpłynie na kondycję naszej skóry.

 

Autor: Marta Anna Biskupska, Junior Product Manager PAT&RUB

Zobacz ofertę mgiełek wodnych PAT&RUB TUTAJ!

 

Promocja mgiełki PAT&RUB

 

O trwałej kresce z Duraline Inglot

środa, Czerwiec 25th, 2014

Z marką Inglot doświadczeń mam niewiele. Styczność z ich produktami miałam sporadyczną i do tej pory nie zdecydowałam się na większe zakupy. Postanowiłam jednak zmienić kompletny stan niewiedzy o tych polskich kosmetykach i wydałam w salonie pierwsze pieniądze. Nie zdecydowałam się jednak na polecane cienie do powiek, lecz na nieco mniej popularny Duraline, czyli płyn do utrwalania makijażu.

O Duraline dowiedziałam się z forum Wizażu, później wielokrotnie polecałyście go przy okazji blogowych wpisów na temat eyelinerów. Kreskę lubię i maluję ją niemal codziennie, więc nie mogłam nie spróbować :)

Inglot o Duraline: 

Duraline to płyn, który umożliwia aplikację na mokro prasowanych i sypkich cieni do powiek. Podkreśla głębię koloru i przedłuża trwałość makijażu. Może być stosowany również do pudrów prasowanych, pudrów sypkich, brązerów i róży. 

Skład: Isododecane, Bis-vinyl Dimethicone/Dimethicone Copolymer, Capryl Glycol, Phenoxyethanol, Hexylene Glycol. 
Konsystencję Duraline określiłabym jako płynną (choć nie bardzo wodnistą) i jednocześnie nieco tłustą. Jego lekka formuła oraz brak zapachu pozwala na uniwersalne zastosowanie. Zdarzało się, że miksowałam go z różami lub bronzerami, gdy chciałam zmienić postać kosmetyku z sypkiego na kremowy (np. do konturowania na mokro). Najbardziej jednak preferuję go w makijażu oczu, dlatego niemal za każdym razem występuje w roli płynu, z którym łączę cienie do powiek. To spora oszczędność miejsca i pieniędzy. Jeśli miałabym za każdym razem kupować eyeliner w wymarzonym kolorze to musiałabym dokupić osobną szafkę na nie ;) Poza tym nie zawsze znalezienie właśnie takiego odcienia jest możliwe (wybór kolorystyczny wśród eyelinerów zazwyczaj nie jest zbyt szeroki) a druga sprawa – niektóre kolory noszę na oku bardzo rzadko (np. zielony czy niebieski), więc nie opłaca mi się wydawać pieniędzy na pełnowymiarowy produkt, by użyć go raz czy dwa razy do roku. A cieni, które mogą posłużyć za pigment w szufladce nie brakuje ;)

Jakie jeszcze zastosowanie może mieć Duraline? Można aplikować go jako bazę pod cienie. Parę razy próbowałam, ale ostatecznie nie zostałam przy tym sposobie. Zdecydowanie wolę formuły kremowe. Bardzo przypadła mi do gustu za to inna metoda wykorzystania go, mianowicie do odświeżania podeschniętych eyelinerów, cieni żelowych lub kremowych oraz tuszy do rzęs. Nie jeden kosmetyk uratował od przedwczesnego wylądowania w koszu :)

Jak wygląda użycie Duraline w praktyce? Odrobinę płynu aplikuję dołączoną pipetką na wierzch dłoni, a następnie suchym pędzelkiem (nie polecam maczania mokrego włosia w cieniu, zwłaszcza prasowanym, ponieważ utworzy się twarda skorupka, którą trzeba będzie zdrapywać) nabieram odrobinę cienia lub sypkiego pigmentu i mieszam oba składniki, aby powstała kremowa emulsja. I to właściwie wszystko :) Mokrym cieniem maluję kreskę tak, jak kremowym/żelowym eyelinerem (wcześniej zabezpieczam powiekę cienką warstwą bazy lub korektora). Linia wysycha szybko i nie odbija się przez minimum 7 godzin (moje powieki są opadające i przetłuszczające się).

Jedyny minus, jaki zauważyłam w Duraline to lekkie zmatowienie koloru po wyschnięciu, nawet, jeśli używamy cieni metalicznych. Kreska nie jest połyskująca, jak w przypadku niektórych eyelinerów żelowych. 
Na koniec słówko o dostępności i cenie. Duraline kupicie w salonach Inglot oraz przez internet (np. na aukcjach). Stacjonarnie kosztuje 20 zł, online niecałe 10 zł więcej (+ trzeba liczyć koszty przesyłki). Jego pojemność to 9 ml
Jestem ciekawa Waszego zdania na temat Duraline i w ogóle kosmetyków Inglot. Znalazłyście pośród produktów polskiej marki perełki? :)

  • Najnowsze wpisy

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Meta