Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Darmowe probki kosmetykow

» 1970 » Styczeń Polowanie na promocje Upoluj co tylko chcesz: konkursy, darmowe próbki, testowanie produktów Konkursy Promocje

Szukaj

Archive for Styczeń, 1970

Polowanie w Rossmannie, czyli co udało mi się kupić na promocji :) [wrażenia, zakupy, swatche]

czwartek, Styczeń 1st, 1970

W ramach porannej rekreacji odwiedziłam Rossmann, który, jak już pewnie każda fanka kosmetyków doskonale wie, od dziś oferuje na całą kolorówkę -40% [+ wpis o innych promo]. Z listy zakupów udało mi się wykreślić kilka kosmetyków, ale też kilku w szafach nie zastałam. Wpis 100-procentowo chwalipięcki, czyli bilans z wycieczki do Rossa ;)

Po przejrzeniu listy zakupów stwierdziłam, że tak najbardziej zależy mi na szminkach Rimmel by Kate Moss.  Za 12 zł (w promo oczywiście ;) ) dostajemy trwałą pomadkę o dobrej pigmentacji i konsystencji. Do tego dochodzi ładna gama kolorystyczna, z której spokojnie można dobrać coś dla siebie.
W koszyku wylądowały trzy szminki satynowe (czarne opakowanie): 05 zgaszony róż, 16 blady koral i 19 ciemny beż z nutą różu oraz dwie matowe (właściwie półmatowe w czerwonych opakowaniach): 101 brudny, chłodny róż i 102 zgaszony, cieplejszy róż. O 103 pisałam TU.
Poza szminkami planowałam kupienie jeszcze jednego odcienia lakierów do ust Apocalips Rimmel. Wprawdzie Stellar [więcej we wpisie "Piękność o trudnym charakterze"] nie do końca spełnił moje oczekiwania, ale nie może Nova nadrobi ( pięknym kolorem z pewnością już to robi :) ). 

Poza szminkami kupiłam dwa sprawdzone kosmetyki, które miałam na wykończeniu, mianowicie tusz 2000Calorie Volume&Curl oraz płynny korektor Affinitone 01 Nude Beige. O obu kosmetykach wspominałam we wpisie o promocyjnym MUST HAVE’ [KLIK].
W planach był także różowo – złoty róż Wibo Express Growth o numerze 169 oraz wibowe piaski. Niestety udało mi się kupić jedyny, jaki był w szafie – 02 WOW Glamour Sand, czyli fuksjowy róż z różnokolorowymi iskierkami. Wprawdzie bardziej zależało mi na ciemniejszych wersjach, ale cóż… Jeden na pocieszenie.

A z pozostałych wrażeń dodam tylko, że:
+ wszystkie kosmetyki, które udało mi się kupić, były cudem niezmacane (fanfary!!!)
- cieszę się z faktu powyższego, ponieważ stałam obok kilku klientek, które jak szalone otwierały pomadki i je próbkowały na dłoniach… a jedna z ekspedientek przy reszcie klientek (facetów nie widziałam ;) ) malowała usta, bynajmniej nie testerem o.O

Napiszcie, jak wygląda sytuacja u Was? Ciekawi mnie szczególnie wyposażenie szaf Wibo (piję do piasków ;) ). 
Planujecie zakupy? A może już coś upolowałyście? Pochwalcie się! :)

Complete Salon Manicure, Sally Hansen – moja opinia i swatche 13 odcieni [dużo zdjęć!]

czwartek, Styczeń 1st, 1970

W ostatnich tygodniach otrzymałam od Was kilka wiadomości z pytaniem o lakiery Complete Salon Manicure od Sally Hansen. Uznałam, że to dobra okazja do napisania o nich paru zdań i pokazania mojego mini zbiorku tej właśnie serii. Zapraszam!

Opinia będzie uogólnieniem tego, co myślę na temat CSM, dotyczy większości lakierów, które posiadam:
- pędzelki na smukłej rączce (korku), która dobrze leży w dłoni,
- korek posiada gumową otoczkę, dzięki której lakier łatwo odkręcić, nawet jeśli lekko przyschnie przy otworze,
- szerokie, o dobrej objętości włosie pędzelków, przycięte na półpokrągło, co pozwala na precyzyjną aplikację, szczególnie przy skórkach,
- spora gama odcieni dostępna np. na Allegro,
- niska cena w opcji zakupów online – 8-12 zł, cena wyższa w opcji zakupów stacjonarnych – 45-50 zł, edit: dzolls przypomniała mi, że lakiery CSM sa przecież dostępne w zawrotnej cenie 9,90 zł w Pepco, u siebie widziałam kilka całkiem ładnych odcieni, np. Greige Gardens, zajrzyjcie :) ,
- duża pojemność 14,7 ml,
- dobra konsystencja, pigmentacja, trwałość, czas schnięcia,
- lakiery nie zasychają, nie gęstnieją, nie rozwarstwiają się (niektóre posiadam ponad rok i nic się z nimi nie dzieje).

Posiadam 13 odcieni:
- OXIDE – metaliczny grafit z srebrnym pyłkiem,
- MIDNIGHT IN NY – czerń z milionem wielobarwnych iskierek,
- HAUTE CHOCOLATE – metaliczny, miedziany brąz z rudymi nutami i złotym pyłkiem,
- PAT ON THE BLACK – bardzo ciemny fiolet,
- SUMMER PLUM – przykurzona, ciepła śliwka,
- PLUM’S THE WORD – jasna, zgaszona śliwka,
- BALLET ROUGES – dziewczęcy, jasny, lekko pastelowy róż,

- FIRST KISS – brzoskwinia z nutą różu,

- CAMELIA – półtransparentny, cielisty róż, efekt zadbanej płytki paznokcia,
- MOUSSELINE – krem w ciepłej, żółtej tonacji,
- CRINOLINE – krem w chłodnej, różowej tonacji,
- DORIEN GREY – jasna szarość (pokazywałam go w poście o bazie pod brokat Essence),
- GREEN TEA - blada mięta [recenzja].

Na swatchach 2 warstwy lakieru (próbkowałam na folii) .

A tu foto z backstage’u, czyli proces powstawania kolorowych kwadracików :) Marie, zdjęcie dla Ciebie :)

OXIDE
MIDNIGHT IN NY 

HAUTE CHOCOLATE

PAT ON THE BLACK

SUMMER PLUM

PLUM’S THE WORD

BALLET ROUGES

FIRST KISS

CAMELIA

MOUSSELINE

CRINOLINE

DORIEN GREY

GREEN TEA
Moja TOP 5 CSM to: Midnight in NY, Plum’s The Word, Summer Plum, Crinoline i Ballet Rouges.
Na oku mam także m.in. Naked Ambition (nude z srebrnym shimmerem), Commander in Chic (brudny fioleto-beż, bardzo zbliżony do Merino Cool Essie), Cherry, Cherry Bang, Bang! (winogronowy róż), Navy Baby (atramentowy) i Casting Call (pastelowy koral).

Jestem ciekawa, czy posiadacie lakiery z tej serii i jaka jest Wasza opinia na ich temat :)

Arganowa głowa | Balea Professional, Odżywka do włosów suchych i zniszczonych z olejkiem arganowym [bez silikonów]

czwartek, Styczeń 1st, 1970

Olej arganowy działa na mnie jak magnes. Informacja o tym, że kosmetyk go zawiera, skupia moją uwagę i zdecydowanie zwiększa zainteresowanie nim. Tak samo było z duetem regenerującym do włosów z linii profesjonalnej Balea Oil Repair. Szczególnie w przypadku odżywki skusiła mnie obietnica porządnego nawilżenia, brak silikonów i w ogólnie krótki skład. Olej arganowy faktycznie w odżywce się znalazł, ale czy moje włosy odżywił i czy kosmetyk wpadnie na listę sprawdzonych?

Hiciorem na miarę np. odżywki ułatwiającej rozczesywanie Himalaya [recenzja] czy balsamu z mleczkiem waniliowym i papają Garnier [recenzja] z pewnością dla moich włosów nie jest, ale nie jest też odżywką złą, która wyrządziła im krzywdę.

Producent kieruje tę odżywkę do włosów suchych i zniszczonych. Obietnica o braku silikonów chyba została spełniona, bo na tyle, na ile w składach się orientuję, to silikonów nie widzę. To typowy kosmetyk emolientowy (nawilża poprzez zatrzymanie wilgoci we włosach).
Jej działanie będę rozpatrywała przede wszystkim w odniesieniu do szamponu Oil Repair, gdyż oba kosmetyki stosowałam w tym samym czasie. Zanim jednak o efektach na włosach, kilka słów o samych właściwościach kosmetyku.
Odżywka posiada gęstą, zwartą konsystencję, co przenosi się na jej dobrą wydajność. Pachnie kokosowo. Zapach utrzymuje się przez jakiś czas na włosach.
Po aplikacji włosy momentalnie robią się śliskie, miękkie, a wszelkie kołtuny powstałe podczas mycia rozplątują się. To ważna cecha, biorąc pod uwagę jak niektóre odżywki potrafią tuż po nałożeniu wyparować, jakby włosy je wypiły (co fizycznie jest przecież niemożliwe :D ).

Odżywkę kupiłam na Allegro za 10 zł (250 ml). Dostępna jest również w drogeriach internetowych i stacjonarnie w DM.

Z obawy przed oklapem odżywkę aplikowałam najpierw tylko od ucha do końcówek. W przypadku moich niskoporowatych, podatnych na obciążenie włosów nie było to jednak konieczne. Po kilku próbach okazało się, że nawet nakładana na całą głowę nie powodowała przyklapu i nie przetłuszczała dodatkowo skalpu.
Po wyschnięciu włosy były miękkie, sypkie (właściwie baardzo sypkie) i… odrobinę spuszone. Nie widziałam tego charakterystycznego np. dla Himalaya [recenzja] wygładzenia i blasku. Pojedyncze włoski nieco sterczały, jakby uległy naelektryzowaniu. Fakt, było ich optycznie jakby więcej, ale kosztem połysku.
Identyczny efekt pojawiał się nawet po zmianie szamponu.
W najbliższym czasie skrobnę nieco o szamponie z tej serii.
Dajcie znać czy znacie tę odżywkę i w ogóle stosujecie kosmetyki Balea z linii profesjonalnej. Udanego weekendu! :)

Skład odżywki Oil Repair:
Aqua, Glycerin , Cetearyl Alcohol, Isopropyl Palmitate, Behentrimonium Chloride, Argania Spinosa Oil, Parfum, Isopropyl Alcohol, Sodium Benzoate, Hydrolized Wheat Protein. Potassium Sorbate, Citric Acid.

Wpis na bis! Tydzień 42. i 43.

czwartek, Styczeń 1st, 1970

43.

42.

O olejku, w którym zakochały się moje włosy | Kokosowa Vatika z henną i amlą

czwartek, Styczeń 1st, 1970

Vatika była pierwszym olejem, o którym słyszałam w kontekście pielęgnacji włosów. Oddaliłam jednak jej zakup na rzecz równie znanej Amli [recenzja] oraz najbogatszego pod względem składu Bhringraj [recenzja]. Ten pierwszy nie sprawdził się zbyt dobrze, bo na dłuższą metę oklejał i obciążał, drugi zaś wręcz przeciwnie – jest fantastycznym olejem na wypadające i osłabione włosy. Moje dodatkowo pięknie nabłyszcza i nawilża. Vatika, podobnie jak Bhringraj, oparta jest na oleju kokosowym, który zazwyczaj sprawdza się na włosach niskoporowatych, czyli takich, jakie ja posiadam. W połączeniu z neem, amlą i henną [o ich działaniu pisałam w TYM poście] tworzy mieszankę dopasowaną do moich włosów w każdym calu. Zapraszam na pełen opis wrażeń ze stosowania Vatiki :)

Vatikę kupiłam w grudniu 2012 podczas DDD, czyli Dnia Darmowej Dostawy w jednym ze sklepów z kosmetykami indyjskimi (włosowe zakupy pokazywałam Wam TU). 300 ml butla kosztowała 30 zł.

W temperaturze pokojowej olejek ma postać stałą. Nie da się go wydobyć z opakowania bez wcześniejszego podgrzania, chociażby w dłoniach lub w gorącej wodzie (dodatkowym utrudnieniem jest twardy plastik, z którego wykonane jest opakowanie i korek z dziurką).
Po rozgrzaniu otrzymujemy pachnący tłustymi kokosankami (trochę duszący aromat) i cytryną bezbarwny, oleisty płyn. 
Vatika jest olejkiem lekkim, tzn. lżejszym niż np. oliwka Babydream.

Skład Vatiki:

Coconut oil (Cocos nucifere oil), Neem (Azadirachta indica Leaf extract), Brahmi (Centella asiatica Plant extract), Fruit extracts of Amla, Bahera and Harar (extracts of emblica Officinalis Terminalia belirica and Terminalia chebula), Kapur kachri (Hedychium spicatum rhizome extract), Henna (Lawsonia inermis leaf extrac), Milk (lac), Rosemary oil (Rosmarinus officinalis oil), Lemon oil (Citrus limonum oil), TBHQ (t-butyl hydroquinone), Fragrance.

Olejek stosowałam albo na sucho albo na mokro (na włosy nieumyte, zwilżone hydrolatem z zielonej herbaty lub mgiełką aloesową [przepis]). W obu przypadkach nawilżał, zmiękczał, nabłyszczał i wygładzał, przy czym na mokro włosy były bardziej mięsiste i dociążone. Efekt tuż po zmyciu Vatiki (włosy umyte pokrzywowym szamponem Barwy [recenzja] bez nakładania odżywki) na pierwszym zdjęciu.
W ogóle metoda kładzenia olejków na mokro sprawdza się na moich włosach lepiej, tzn. efekty są bardziej odczuwalne i zauważalne.

Vatikę aplikowałam również na skórę głowy w celu wzmocnienia cebulek (liczyłam na działanie ziół), nie zauważyłam jednak, by wpłynęła na wypadanie. Bhringraj zadziałał w tej kwestii znacznie intensywniej.
Podsumowując: Vatika bardzo dobrze dogaduje się z moimi włosami i skórą głowy. Nie obciąża ich, nie puszy, nie powoduje wypadania, nie podrażnia skalpu. Jest olejem tanim, wydajnym i całkiem nieźle pachnącym (porównując np. z ziołowo – mydlaną Amlą, za którą nie przepadam). Myślę, że zakup powtórzę, gdy dobiję denka.
Dziewczyny, podzielcie się opinią na temat Vatiki :) Sprawdziła się na Waszych włosach? Czy w Waszej pielęgnacji jest miejsce na olej kokosowy? 

Życzę Wam udanego weekendu! :) ))

Miękko, gładko, lekko, czyli rzecz o magicznych skarpetkach

czwartek, Styczeń 1st, 1970

Dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić znanym w blogosferze skarpetkom złuszczającym, które mają nam zapewnić piękne stopy.  I ja miałam okazję przetestować na sobie Magic Foot Peel. Jaka jest moja opinia o nich? Czy warto wydać na nie 100 zł? Czy efekty utrzymują się długo? O tym w poście.

Skórę stóp mam bardzo wrażliwą. Na każde nowe buty, bez znaczenia, z jakiego materiału są wykonane, reaguje obtarciami, pęcherzami i odciskami. Staram się od kilku miesięcy regularnie je ścierać i kremować, ale wiadomo jak jest. Mimo wszystko przed zabiegiem były w dobrym stanie. Decydując się na MFP, miałam nadzieje na kilkutygodniowe wygładzenie i zmiękczenie stóp, które tylko wspierałabym balsamowaniem.

7- dniowa kuracja dla stóp zawiera aktywny kompleks na bazie kwasów owocowych, który złuszcza nadmiernie zrogowaciały naskórek. Wspomaga odnowę i wygładzenie skóry stóp. Zaletą kosmetyku jest wpływ kwasów o działaniu złuszczającym. Odpowiedzialne są za to kwasy: glikolowy, mlekowy, salicylowy, cytrynowy i mocznik. Dodatkową zaletą jest regulacja cyklu złuszczania naskórka.
Sprawia to, że skóra nie potrzebuje częstych zabiegów kosmetycznych, a co więcej, nie wraca
do wcześniejszej zrogowaciałej postaci. 

Po 7 dniach znikają uporczywe nagniotki i zrogowacenia naskórka, a przez kolejne 6-7 tygodni zachowują piękny i zdrowy wygląd. 
Zawarte środki nawilżające powodują, że skóra nie będzie przesuszona po złuszczeniu, ale miękka 
i delikatna. Wpływ na to mają kolagen, kwas hialuronowy, wyciąg z aloesu oraz ekstrakt z ogórka.

Korzyści stosowania Magic Foot Peel

  • rezultaty widoczne już po 7 dniach
  • efekt elastycznej i gładkiej skóry utrzymuje się od 6-7 tygodni
  • wygodne i proste zastosowanie
  • uniwersalny kosmetyk dla kobiet i mężczyzn
  • leczniczy wpływ na skórę stóp, ponieważ regulują proces rogowacenia oraz zmniejszenia grubości zrogowaciałego naskórka
  • prawidłowe zastosowanie kosmetyku zgodnie z instrukcją, daje pełne bezpieczeństwo.
  • nie ma ryzyka nadmiernego złuszczenia, powstania pęcherzy, czy odparzeń.

To tyle od producenta, a jakie jest moje zdanie?

Mija równo miesiąc od zastosowania skarpetek. Wcześniej nie odważyłam się ich nakładać ze względu na ciepłe dni, a wiadomo, ciepłe dni = lekkie, odkryte buty. Jak dobrze, że przesunęłam datę, bo gdybym miała przez 2 tygodnie męczyć się z brakiem możliwości założenia sandałków z powodu wiszącej skóry, byłabym na siebie bardzo zła.
Skarpetki wykonane są z dwóch warstw: folii i materiału. Nałożenie ich jest proste – wystarczy rozciąć je u góry, wsunąć stopy i dołączonymi paseczkami z mocnym klejem ścisnąć dla idealnego dopasowania.
W skarpetkach znajduje się płyn o dość mocnym, kwaśnym zapachu (dla mnie identycznie pachnie kwas salicylowy).
Magic Foot Peel trzymałam 120 minut. Podczas zabiegu nie odczuwałam dyskomfortu w postaci pieczenia lub szczypania. Gdy czas minął, zdjęłam folię i opłukałam stopy wodą. Efekt po wyjęciu ich ze skarpetek był do przewidzenia – skóra zmarszczona, rozciapana, jak po dłuuugim leżeniu w wannie lub pobycie w morzu. 
Do trzech dni po zabiegu nie działo się nic. Dopiero czwartego dnia zauważyłam nieprzyjemne ściągnięcie, zmarszczenie i pierwsze złuszczające się skórki. Z każdym kolejnym dniem złuszczanie nabierało na sile, co przyjemne nie było (pojawiła się konieczność noszenia skarpetek, aby nie gubić skórek w mieszkaniu ;) ). Apogeum zrzucania skóry nastąpiło dnia 6-tego. Wielkie, suche płaty skóry odłaziły bez mojej ingerencji (a wiele mnie kosztowało, by nie zdzierać odpadającego naskórka). Stopy światu pokazać mogłam dnia 10-stego. Były faktycznie bardzo gładkie, jasne i całkiem miękkie (choć brakowało im porządnej dawki kremu).

Czy efekt utrzymał się do dziś? Niestety nie. Po działaniu Magic Foot Peel zostało niewiele. Mimo regularnej pielęgnacji w postaci balsamowania stóp po trzech tygodniach i tak pojawiły się niewielkie przesuszenie na piętach oraz zadarte skórki. W moim przypadku brak peelingu robi jednak swoje.

Odpowiedź na pytanie, czy odkupiłabym produkt, brzmi nie. A na pewno nie zapłaciłabym za nie prawie 100 zł. Jeśli jeszcze kiedyś sięgnę po podobne skarpetki, np. przed latem lub ważną imprezą, gdzie będę miała zamiar założyć sandałki, to prędzej wybiorę 4 razy tańsze Tony Moly Shiny Foot Peeling Liquid.
Podsumowując: na plus zaliczam łatwość w stosowaniu i działanie, na minus – krótkotrwałość efektów.  Cena również jest wg mnie zawyżona. Liczyłam na minimum sześć tygodni z gładkimi stopami. Skończyło się raptem na trzech. Szkoda.

Podzielcie się swoimi wrażeniami na temat Magic Foot Peel. A może miałyście okazję wypróbować skarpetek innej marki, np. wspomnianych Tony Moly? 

Zdecydowałybyście się na taki zabieg w domu?

Szlachetny fiołek | Yves Rocher IT COLORS (Edycja limitowana)

czwartek, Styczeń 1st, 1970

Słabość do fiołkowych odcieni na paznokciach mam cały rok, ale to jesienią miłość do nich osiąga apogeum. To kolor, który pasuje do mnie, do mojego stylu, w którym czuję się dobrze. Szlachetny fiołek z limitowanej kolekcji It Colors YR utrzymany jest właśnie w takiej tonacji. Zapraszam do zapoznania się z nim :)

Gabaryty lakieru jakie są, każdy widzi (3 ml w cenie 9,99 zł) :) Za drobnymi pędzelkami nie przepadam, ponieważ zazwyczaj są bardzo wąskie i malowanie nimi to istna męczarnia. W przypadku serii It Colors sytuację w pewnym stopniu ratuje fakt, iż pędzelek jest sprężysty i rozłożysty. Zdziwiłam się, że trzy pociągnięcia pokrywają całego paznokcia.

Szlachetny fiołek to ciężki do określenia odcień ciemnego, nasyconego fioletu. W zależności od światła raz ma więcej tonów różowych, raz niebieskich.

L-P: Essie Big Spender | Essie Bahama Mama | OPI Casino Royale | Golden Rose Rich Color 31 | Yves Rocher It Colors Szlachetny fiołek

Konsystencję określiłabym jako gęstą, lecz bez tendencji do smużenia i ciągnięcia. Na płytce rozkłada się bez większych problemów. Poza tym lakier cechuje się dobrą pigmentacją, która sprawia, że na upartego jedna gruba warstwa wystarczy do pokrycia płytki. Ja standardowo naniosłam dwie. Wszystko pokryłam Sally Hansen Insta Dry [klik].
Jeśli chodzi o trwałość Szlachetnego fiołka na moich paznokciach to tu nie jest tak kolorowo. Na drugi dzień, mimo różnych lakierów nawierzchniowych, pojawiły się pierwsze drobne odpryski (widać je np. na palcu wskazującym) i starcie końcówek. Poza tym lakier traci po dwóch dniach mocny połysk oraz pojawiają się ryski.
Podsumowując: kolor jest piękny, noszę go z przyjemnością. Poza tym to unikalny odcień w moim zbiorku lakierowym. Żałuję tylko, że cudnej urody fiołek nie idzie w parze z dobrą trwałością.

Pozostałe odcienie są do obejrzenia pod tym linkiem: KLIK.

Pozostawiam Was ze zdjęciami. Napiszcie, co o nim myślicie :) Wasza bajka? :)

Wpis na bis! Tydzień 41. i 42.

czwartek, Styczeń 1st, 1970


42.

41.

Włosy jak z reklamy? | Szampon L’Oreal Elseve Volume Collagene bez silikonu [zwiększający objętość włosów]

czwartek, Styczeń 1st, 1970

O tym, że moje włosy są często płaskie i bez życia pisałam Wam wieeele razy. Taka ich ‚uroda’ ;) Jedni narzekają na puch i falujące kędziorki, inni, w tym ja, na nadmierne wygładzenie, żeby nie napisać – oklap. Nie jest więc zaskakującym, że chętnie sięgam po szampony, które obiecują zwiększenie ich objętości. Taki jest właśnie L’Oreal Elseve Volume Collagene. Czy uniósł moje włosy na długie godziny? O tym w dzisiejszym poście :)

Kosmetyki z gamy Elseve stosowałam kilka lat, długo przed założeniem bloga. Do tej pory odkupuję odżywkę właśnie z tej serii, mianowicie Nutri-Blask z proteinami pereł do włosów długich, pozbawionych witalności [klik]. Włączam ją do pielęgnacji głównie jesienią i zimą, gdy włosy częściej są narażone na obcieranie od kurtki. Zawarte w niej silikony w pewnym stopniu chronią je od zniszczenia. Jest lekka i jak na odżywkę drogeryjną sprawdza się bardzo dobrze. Pozytywne wrażenie, jakie na mnie wywarła, skłoniło mnie do przystania na propozycję wypróbowania szamponu obiecującego zwiększenie objętości.
Kosmetyk zamknięty jest w plastikowej, smukłej, lecz stabilnej butli z klapką na klik. Opakowanie łatwo otworzyć –  klapka jest wyjątkowo przyjazna dla dłuższych paznokci. Posiadam pojemność 400 ml, która kosztuje ok. 15 zł.
Szampon posiada gęstą konsystencję o perłowej barwie. Przyjemnie pachnie (zapach utrzymuje się kilka godzin na włosach), mocno się pieni w kontakcie z wodą.
I najważniejsze, czyli działanie.
Tuż po umyciu włosy są miękkie, łatwo je rozczesać. Zarówno one, jak i skóra głowy są odczuwalnie dobrze oczyszczone. Po wyschnięciu ładnie się błyszczą, są sypkie, wygładzone i lekko odbite od skalpu (suszę je chłodnym strumieniem z głową w dół). Niestety efekt odbicia nie utrzymuje się długo. Już po godzinie, niezależnie od zastosowanej odżywki czy serum na końcówki, wyglądają jak po zwykłym szamponie, który objętości nie obiecywał. Wyglądają po prostu normalnie, bez większego uniesienia czy puszystości. 
Efektów ubocznych po kilku tygodniach stosowania nie zauważyłam – nie wysuszył ani włosów ani skóry głowy, nie spowodował łupieżu ani wypadania. Na dłuższą metę nie spowodował też nadmiernego przetłuszczania włosów.
Skład szamponu, w którym kolagen na szarym końcu (widzicie w nim silikony?):

Skład: Aqua/Water, Sodium Laureth Sulfate, Disodium Cocoamphodiacetate, Sodium Chloride, Glycol Distearate, Sodium Laureth-8 Sulfate, Cocamide MIPA, Alcohol Denat., Sodium Glycolate, Sodium Benzoate, Sodium Oleth Sulfate, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Cocoate, Sodium Hydroxide, Magnesium Laureth-8 Sulfate, Magnesium Laureth Sulfate, Magnesium Oleth Sulfate, Polyquaternium-30, Salicylic Acid, Soluble Collagen, Limonene, Linalool, Carbomer, Methyl Cocoate, Citric Acid, Hexylene Glycol, Hexyl Cinnamal, Parfum/Fragrance.

Mimo iż spektakularnej objętości moim włosom nie zapewnił, oceniam go na plus. Spełnia podstawowe zadanie, czyli myje (skóra oraz włosy są po nim dobrze oczyszczone), pozostawiając fryzurę lekką, sypką i błyszczącą. Poza tym konsystencja sprawia, że jest to kosmetyk bardzo wydajny i na dodatek w przystępnej cenie. Volume Collagene to drogeryjny przeciętniaczek, który nie robi ani szału ani krzywdy i bez którego moja pielęgnacja włosów na pewno nie ucierpi na jakości.
Dziewczyny, czy w Waszych łazienkach również znajdą się kosmetyki z gamy Elseve? Macie ulubione wśród nich? 

P.s. Udanego weekendu! :)

Jesienny nudziak ze szczyptą cynamonu | Blush 035 Revlon Colorburst

czwartek, Styczeń 1st, 1970

Jesienna aura sprzyja sięganiu po odcienie przypominające otaczającą nas przyrodę – złoto, miedź, karmel, brązy, szarości czy oberżynę. Do makijażu oka w tych kolorach lubię dobrać pomadkę w podobnej, zgaszonej tonacji. Jedną z takich jest Revlon z serii Colorburst w odcieniu Blush. W żadną inną porę roku nie jest noszona z przyjemnością równą obecnej :) Zapraszam na post szminkowy! 

Odcień Blush nazwałabym zgaszonym, lekko karmelkowym, ciepłym nude z subtelnymi nutami różu. W zależności od światła róż widoczny jest mocniej lub słabiej. Ponieważ szminkę kupiłam przez internet to oceny temperatury barwy mogłam dokonać dopiero po otrzymaniu jej do rąk własnych. Wcześniej przeglądałam tylko wirtualne swatche, które na tyle mnie zachęciły (czyt. odcień wydał mi się neutralny – ani zbyt chłodny, ani zbyt ciepły ;) ), że kliknęłam. W ‚realu’ kolor okazał się dla mojej karnacji jednak minimalnie zbyt ciepły i z za małą ilością różowych tonów, dlatego lubię go mieszać z inną szminką w odcieniu bladego różu, aby Blush nieco ochłodzić. Myślę, że jeszcze lepiej solo wyglądałaby u dziewczyn o ciemniejszej karnacji (gama podkładów medium, ja, jako bladzioch, mieszczę się w obrębie podkładów w odcieniu fairest, w porywach fair ;) ).
I rzecz druga to jej wykończenie – delikatnie połyskujące (coś między satyną a shimmerkiem, bez widocznych drobin czy brokatu, raczej z mikropyłkiem odbijającym światło).

Na zdjęciu prócz Blush: od lewej odcień Carnation i Lilac [recenzja]

Szminka posiada lekką, kremową i niewysuszającą formułę, która tworzy na ustach niewyczuwalną mgiełkę kosmetyku. Pomadka ładnie rozkłada się na skórze – nie warzy się, nie zbiera w załamaniach warg ani nie pozostawia białej kreski ‚po zjedzeniu’ jej.

Trwałość Blush jest całkiem przyzwoita – do 3 godzin bez jedzenia wygląda bardzo dobrze.
Zaletą jest także fakt, że nie posiada zapachu ani smaku.
Kupiłam ją na Allegro za 8 zł.

Zostawiam Was z porównaniem Blush z innymi jasnymi różami, beżami i brzoskwiniami:

02 My Secret DressUp Your Lips [recenzja] | 98 Golden Rose | Lust for Blush 220 Maybelline Whisper | Blush 035 Revlon Colorburst | In the Nude 52 Essence | 03 My Secret DressUp Your Lips [recenzja]


Szmince daję mocna czwórkę za przyjemną podczas aplikacji i w noszeniu konsystencję, brak wysuszenia ust i ładne opakowanie z mocnego plastiku z zamknięciem na klik. Z odcieniem wprawdzie nie wstrzeliłam się idealnie, ale podrasowany odrobiną różowej szminki wygląda na mnie jeszcze lepiej niż solo. Kwestia karnacji ;)

Jak Wam się podoba? Wasze klimaty? :)

  • Najnowsze wpisy

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Meta